Strona 1 z 41, 2, 3, 4


2008-08-24, 16:51
Lwica_z_pokolenia_Judy

MĄDROŚĆ
- jak powiedział Friedrich Nietzsche -
jest szeptem samotnika z samym sobą
pośród gwarnego targowiska.......

SZUKAJMY WSPÓLNIE ZAGINIONEJ MĄDROŚCI.....


Sama to ja namalowałam . Ja Inessa.

Warszawa: "Czym jest modlitwa?" - chrześcijańsko-żydowskie sympozjum teologiczne
24-10-2008

Czym jest modlitwa oraz jak modlą się chrześcijanie i wyznawcy judaizmu - nad tymi pytaniami zastanawiali się uczestnicy sympozjum teologicznego "Czym jest modlitwa?".

Sympozjum odbyło się w ramach spotkania "Radość Tory", zorganizowanego przez Polską Radę Chrześcijan i Żydów w siedzibie Papieskiego Wydziału Teologicznego "Bobolanum" w Warszawie.

Przed rozpoczęciem sympozjum, w kościele św. Andrzeja Boboli odbyła się uroczysta lektura Tory po hebrajsku i polsku, a także wspólna modlitwa słowami psalmów.

Pierwszym prelegentem był rabin Norman Salomon, wykładowca teologii żydowskiej na Oxford University. W swoim wystąpieniu wskazał, że modlitwa jest najczęściej bardzo prostą formą rozmowy z Bogiem i jest w ten sposób określana zarówno przez chrześcijan, jak i wyznawców judaizmu. Przypomniał, że bardzo często dzieli się na modlitwę spontaniczną i ustaloną, jednak ich wartość jest równoważna.

Rabin Salomon przytoczył z Biblii przykłady modlitw spontanicznych, zarówno krótkich, jak i długich. Zaznaczył, że w opinii wielu teologów żydowskich, to właśnie krótkie modlitwy są najlepsze, gdyż najtrafniej oddają sedno tego, o co do Boga zwraca się osoba modląca.
Jako przykład podał modlitwę Kaina po zamordowaniu Abla, a także modlitwę Mojżesza o uzdrowienie jego siostry Miriam, cierpiącej na trąd.
Rabin podkreślił także, że w tradycji liturgii żydowskiej, czego przykłady można znaleźć w wielu księgach Biblii, wszystkie rodzaje modlitw są równie ważne. Modlitwa nie musi wyrażać jedynie prośby o coś. Jest także wygłaszaniem chwały Bożej, dziękczynieniem za otrzymane potomstwo lub wyznaniem grzechów - tłumaczył rabin Salomon.

Z drugim wykładem wystąpił metropolita gnieźnieński abp Henryk Muszyński. Przypomniał on, że modlitwa jest zawsze "odpowiedzią na Słowo i działanie Boga" i może się dokonywać w każdych okolicznościach i w każdej postaci. Następnie podkreślił, że tradycja żydowska i chrześcijańska zbliżają się ku sobie m.in. właśnie poprzez pokrewieństwa w modlitwach, a modlitwa chrześcijańska jest zmodyfikowaną modlitwą żydowską. Zwrócił uwagę, że Jezus modlił się do Boga słowami modlitw żydowskich.
Dodał, że Jan Paweł II będzie pamiętany z modlitwy rozpoczynającej się słowami "Boże Abrahama, Izaaka, Jakuba i Pana naszego Jezusa Chrystusa". - Ostatnie słowa nie są zwykłym dodatkiem. Jest to z jednej strony w pełni modlitwa żydowska, z drugiej strony to modlitwa synowska, przez co należy rozumieć jedyną i niepowtarzalną relację, w jakiej Chrystus pozostawał ze Swoim Ojcem - mówił abp Muszyński.
Abp Muszyński przypomniał tegoroczne kontrowersje związane ze zmianami w wielkopiątkowej modlitwie za Żydów w Mszale przedsoborowym oraz dialog Kościoła katolickiego, w osobach papieża Benedykta XVI oraz kardynałów Tarcisio Bertone i Waltera Kaspera, ze środowiskami żydowskimi. Zdaniem arcybiskupa, mimo, że wiele nieścisłości w tej sprawie zostało wyjaśnionych, w dalszym ciągu wielu znaczących wyznawców judaizmu widzi w tej modlitwie jawne wezwanie do nawrócenia na chrześcijaństwo.Organizatorem spotkania "Radość Tory" i sympozjum "Czym jest modlitwa" była Polska Rada Chrześcijan i Żydów
______________________________________________
Aaron Zeitlin

SZEŚĆ WERSÓW.

Wiem. Nie jestem potrzebny na tym świecie,
ja, żebrak słów na żydowskim cmentarzu.
Komu jest potrzebny poemat i to w jidisz?
Tylko beznadziejność ma piękno.
Tylko piękność jest boska.
Tylko pokora jest zbuntowana...



2008-08-24, 17:01
Krzysiek

- Dom, w którym mieszkałem, należał do pana Chaima Bałamuta - wspomina an Paweł II, Nie wiem co się z nim stało, myślę, że nie żyje...
Wiem, że Żydzi wadowiccy przeszli ciężką próbę. Wielu zginęło w gettach i obozach zagłady - mówi ze smutkiem.
A w tym domu mieszkał Jurek Kluger - dodał po chwili i rozpogodził się promiennie.
Jurek Kluger - przyjaciel Karola Wojtyły na całe życie..
Wiecie. że Lolek [ tak nazywali Karola koledzy] wybrał się, a właściwie został uroczyście zaproszony do synagogi w 1936 roku.
Tam odbywał się uroczysty koncert Mosze Kusewickiego, kantora, ze słynnej dynastii kantorów synagogalnych, porównywany z Carusem, tenor operowy.
Ówczesny Prezes wadowickiej gminy żydowskiej Wilhelm Kluger na ten koncert zaprosił kilku Polaków, a wśród nich przyjaciela jego syna, Karola Wojtyłę. Jurek usiadł przy Lolku by mu objaśniać teksty hebrajskie....

Dlatego czymś normalnym, dla Lolka, który nagle stał się Papieżem, było zaproszenie na swoją pierwszą audiencję w Watykanie, właśnie Jurka wraz z rodziną i odbycie z Nimi właśnie pierwszej rozmowy.....
Kardynałowie, dyplomaci, same tuzy nad tuzami musieli czekać cierpliwie.
Przyjaźń miała w sercu Lolka absolutne pierwszeństwo...
I właśnie na swój jedyny i niepowtarzalny sposób, dawał temu wyraz...

[ cdn]

2008-08-24, 18:13
Krzysiek

W autobiograficznej książce" Przekroczyć próg nadziei" Jan Paweł II wyjawił dlaczego do tej przyjaźni z Jurkiem Klugerem przykłada tak wielką wagę...
Pamiętam - opowiada papież - naprzód szkołę podstawową w Wadowicach, gdzie co najmniej jedną czwartą stanowili chłopcy żydowscy. Trzeba tutaj wspomnieć - dodaje - o mojej koleżeńskiej przyjaźni z jednym z nich, Jerzym Klugerem. Trwa ona od ławy szkolnej aż do dnia dzisiejszego. Mam żywo przed oczyma obraz Żydów podążających w dzień sobotni do synagogi. Obie grupy religijne, katolików i żydów, łączyła, jak przypuszczam, świadomość, że modlą się do tego samego Boga..
Papież opowiedział historię, która rozegrała się kilkadziesiąt lat wcześniej. Otóż Jerzy Kluger, chcąc się niezwłocznie podzielić ze swym przyjacielem, Lolkiem, nowiną, że obaj zostali przyjęci do gimnazjum, przybiegł do kościoła, gdzie Lolek służył do mszy.
Jakaś, pobożna parafianka, na widok Jurka zdumiała się: - Ależ ty jesteś synem prezesa gminy żydowskiej!!!
Jerzy sumitował się przed kolegą, że on, Żyd, nie powinien był wtargnąć do katolickiej świątyni, ten mu przerwał: - Dlaczego, czyż nie jesteśmy dziećmi jednego Boga ?

_____________________________

Ale można również nauczać, jak gdyby wbrew Janowi Pawłowi II, a nawet przeciw Niemu:

2008-08-25, 21:57
Krzysiek

ŻYDZI-POLACY-CHRZEŚCIJANIE
www.forum-znak.org.pl
SYLWA

Misja beznadziei: Karski i Zygielbojm
26.09.2008/JS

Wystąpienie Waldemara Piaseckiego na sesji w Chełmie. Autor jest dziennikarzem, przewodniczącym wykonawczym Towarzystwa Jana Karskiego; od 25 lat uczestnikiem dialogu polsko-żydowskiego.
Szmul Zygielbojm

Słowo: „beznadziei” użyte jest w tytule łącznie. Chodzi o beznadzieję, nie zaś o sam brak nadziei. Tak właśnie do głębi beznadziejną była misja Jana Karskiego i Szmula Zygielbojma w sprawie ratowania ginącego na oczach świata narodu żydowskiego. Była to misja osobista każdego z nich, ale w jednym dniu stała się dla nich misją wspólną. Później już żaden z nich nie był tym samym człowiekiem, a jeden niebawem zakończył w geście dramatycznego protestu swe życie.

Nadchodził grudzień 1942 roku. Od pięciu tygodni w Londynie przebywał kurier Polski Podziemnej Jan Karski. Jego czas wypełniony był raportowaniem, spotkaniami, dyskusjami. Spotykał się z przedstawicielami najwyższych władz na wychodźstwie, reprezentantami stronnictw, władzami brytyjskimi środowiskami opiniotwórczymi. Przekazywał wiedzę o organizacji Państwa Podziemnego, ale także relacje naocznego świadka eksterminacji Żydów wyniesione ze swych wizyt w Getcie Warszawskim i obozie tranzytowym w Izbicy.

1 grudnia Karskiego zelektryzowała wiadomość, że na dzień następny zostało ustalone jego spotkanie z członkiem Rady Narodowej z ramienia PPS „Bund” Szmulem Zygielbojmem. Miało się odbyć w Stratton House, siedzibie polskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Kurier miał dla niego polecenia od środowisk żydowskich w kraju, które uważał za pilne i ważne, jednak z jakichś powodów spotkania z Zygielbojmem nie wyznaczano wcześniej, zbywając pytania Karskiego odpowiedzią „przyjdzie czas”. Najwyraźniej nadchodził.

Pokój Szmula Zygielbojma mieścił się na czwartym piętrze budynku i miał lokalizację trudną do uznania za reprezentacyjną. Był wyposażony w skromne biurko z prostym krzesłem, naprzeciw krzesło dla rozmówcy oraz szafę na dokumenty i wieszak na ubranie. Zygielbojm uniósł się na powitanie, podał Karskiemu rękę. Poczekał, aż ten ściągnie płaszcz. Usiedli.

Zygielbojm sprawiał wrażenie człowieka bardzo zmęczonego mimo porannej pory. Spojrzenie miał czujne, badawcze, trudno było wytrzymać jego wzrok. „Miał wygląd typowego proletariusza, który wybił się do elity władzy. Pewnie miał ciężką młodość. Może pracował u jakiegoś krawca jako chłopiec na posyłki, może zamiatał ulice” – relacjonował swoje wrażenia Karski. Dodaje, iz postanowił rozmawiać z Zygielbojmem zwięźle, precyzyjnie, bez ubarwień emocjonalnych i formułowania własnych ocen, jeżeli nie zostanie poproszony.

Zgodnie z przewidywaniem, Zygielbojm powiedział Karskiemu, że wie, z czym przyjechał, ale jemu ma opowiadać tylko o sytuacji żydowskiej. Na tym też kurier się skupił. Mówił o organizacji eksterminacji w postaci gett i obozów, gdzie masowo ginęli. Koncentrował się na Warszawie, gdzie sam wchodził do getta dwukrotnie, i tym, co tam widział. Podobnie zrelacjonował swoje wejście w przebraniu ukraińskiego esesmana do obozu w Izbicy. Zygielbojm nie odezwał się, starał się walczyć z wyraźnym tikiem nerwowym policzka.

Gdy Karski podjął próbę zrelacjonowania reakcji na jego raport u angielskich rozmówców, Zygielbojm bezceremonialnie przerwał uwagą, że reakcje londyńskie zna dobrze i nie musi ich wysłuchiwać od kogoś z Warszawy. „Chcę wiedzieć, czego Żydzi z kraju oczekują od nas tutaj! I tego niech się pan trzyma...” - zdyscyplinował emisariusza.

Usłyszał, że ginący w okupowanej Polsce Żydzi domagają się, aby ich współbracia w krajach alianckich dotarli do najważniejszych instytucji państwowych i publicznych, tam rozpoczęli otwartą głodówkę i kontynuowali ją aż do podjęcia przez Zachód decyzji w sprawie ratowania Żydów. Mają umierać powolną śmiercią na oczach całego świata. Może to wstrząśnie jego sumieniem.

Zygielbojm eksplodował. Zerwał się z krzesła i zaczął krążyć po pokoju wykrzykując: „To niemożliwe! Absurd! Zupełnie niewykonalne! Nikt nie pozwoli na taką demonstrację! Czy pan wie, co by się stało, jakby Zygielbojm zaczął głodować w publicznym miejscu? Zaraz posłaliby dwóch policjantów i siłą wzięli do szpitala. Nonsens!”.

Rozmowa trwała ponad trzy godziny. Zygielbojm zaczął zadawać wiele szczegółowych pytań. Przede wszystkim dotyczących getta. O wyżywienie, pracę, o dzieci, żebraków, żydowskich policjantów, a nawet... sposób transportu i chowania zwłok. Osobnym tematem były szanse przechodzenia na aryjską stronę, nastroje ludności polskiej wobec ukrywających się Żydów, szanse ewentualnego zrywu żydowskiego.

Wraz z upływem czasu Zygielbojm był coraz bardziej wyczerpany, a pytania traciły na ostrości, celowości i logice. Zapytał Karskiego m.in. o to, co śpiewał na ulicy stary żydowski żebrak, gdy ten o nim wspomniał, albo co powiedziała mu Żydówka podająca szklankę wody. Za chwilę odpowiedział sam: „Skąd pan to ma wiedzieć? Przecież pan nie jest Żydem, nie zna pan żydowskiego...”
Jan Karski, zdjęcie z okresu, kiedy zdawał raport Zygielbojmowi /fot. Archiwum
Jan Karski, zdjęcie z okresu, kiedy zdawał raport Zygielbojmowi /fot. Archiwum

Spotkanie stawało się męczące dla obu rozmówców. Zapewne obaj z ulgą przyjęli jego zakończenie. Na pożegnanie Zygielbojm podał rekę Karskiemu i popatrzył głęboko w oczy. „Zrobię, co w mojej mocy. Zrobię, o co mnie proszą. Jeśli tylko będę mógł...” – zakończył.

Jakiś czas później Karski otrzymał podziękowanie za spotkanie na papierze firmowym Szmula Zygielbojma, członka Rady Narodowej RP na Wychodźstwie. Było wystukane pismem maszynowym. Krótko i oficjalnie. „Właściwie bardziej... pokwitowanie tego spotkania” – wspominał Karski.

Minęło kilka miesięcy. Więcej już ze sobą nie rozmawiali. 13 maja 1943 roku nastąpił jego rzeczywisty finał. Od śniadania oderwał Karskiego telefon. Dzwonił Hieronim Rettinger, szara eminencja rządu. „Dziś w nocy Szmul Zygielbojm popełnił samobójstwo. Zostawił list. Proszę się zgłosić o drugiej po południu” – usłyszał.

Szmul Zygielbojm w dramatycznych słowach kierowanych do prezydenta RP Władysława Raczkiewicza i premiera Władysława Sikorskiego wyjaśniał: „Nie mogę dłużej żyć, gdy resztki narodu żydowskiego w Polsce, którego jestem przedstawicielem, są likwidowane”. Dodawał, że skoro nie było mu sądzone paść w walce z bronią w ręku w getcie jak jego towarzysze, odchodzi za nimi, bo „należy do nich i ich masowych mogił”. Protestuje „przeciw bierności, z jaką świat przygląda się i dopuszcza do zagłady narodu żydowskiego”.

Paradoksalnie „ofiarą” śmierci Szmula Zygielbojma stał się sam Jan Karski. Nigdy nie zaznał już spokoju związanego z odejściem żydowskiego bohatera. Dręczyły go dwa pytania: „Czy to ja wręczyłem mu wyrok śmierci?”. „Czy to obciąża moje sumienie?”. I następne: „Czy mówiąc, że zrobi, o co go proszą, wiedział już, co zrobi? Czy od 2 grudnia 1942 roku śmierć Zygielbojma nie mogła się już nie wypełnić, a co najwyżej można ją było tylko odraczać, czekając na ostateczne potwierdzenie?”.

Jan Karski uważał, że Szmul Zygielbojm był jedną z najtragiczniejszych postaci II wojny światowej. Poprzez patetyczny wymiar beznadziei, jaką uosabiał. Umierał wiedząc, że śmierć nie może mu przynieść ukojenia, ale narzucał z poczucia obowiązku, rozumiejąc, że nic już nie zmieni. Nie powstrzyma zagłady swego narodu, a wielkich tego świata nie przekona do ich ratunku. Nim nadejdzie zwycięstwo, wszystko, co kocha najbardziej, musi zginąć. „Czy Bóg dał mu tę mądrość? Mądrość beznadziei?” – pytał dramatycznie Karski.

Szmul Zygielbojm miał piękne uroczystości pogrzebowe w budynku parlamentu brytyjskiego. O tym, czemu miał służyć jego dramatyczny gest – zapomniano.

Jan Karski szedł jednak dalej. 28 lipca 1943 roku, 76 dni po śmierci Zygielbojma, meldował się w Białym Domu przed Franklinem Delano Rooseveltem, by znów powtarzać swą „mantrę” w sprawie ratunku Żydów. Wtedy jeszcze uważał, że są jakieś szanse, że świat się jednak ocknie, że on będzie miał więcej szczęścia niż Zygielbojm, bo zdąży uruchomić ratunek. Spotkanie z prezydentem trwało 82 minuty. Temat żydowski pozostał w nim raczej marginalny. Młodemu polskiemu emisariuszowi w raportowaniu o sytuacji Żydów Roosevelt nie pozwolił się nadmiernie rozwinąć. Bardziej interesowały go sprawy Polski Podziemnej i generalnie realia życia pod okupacją niemiecką. M.in. jaki jest los... koni. Na pożegnanie Karski usłyszał: „Proszę powiedzieć w swoim kraju, że ma w Białym Domu przyjaciela”. Towarzyszący kurierowi ambasador RP w Waszyngtonie podsumował wizytę: „No cóż, prezydent nie powiedział zbyt wiele...”.

Akcja na rzecz ratowania Żydów nie nastąpiła. Ginęli na oczach świata.

Sojusznicza sytuacja Polski szybko ulegała pogorszeniu. Konferencja teherańska z przełomu listopada i grudnia 1943 roku przyniosła zgodę Wielkiej Trójki na nowy podział świata. Konferencja jałtańska z początku lutego 1945 roku ten świat podzieliła. Polska została w Jałcie oddana przez Roosevelta i Churchilla we władanie Stalinowi. Karski wydający w Ameryce w listopadzie 1944 roku swój wojenny bestseller Story of a Secret State (w Polsce wydany dopiero w 1999 roku jako „Tajne Państwo”) oczywiście o tym nie wiedział. Jeszcze się łudził.

Jego książka stała się wielkim sukcesem czytelniczym, poruszyła opinię publiczną, autorowi przysparzając rozgłosu i sławy. Poza sympatią dla wybitych niemal doszczętnie Żydów i Polaków ograbionych z państwa, w sensie politycznym nie przyniosła nic.

Rozczarowany beznadzieją swojej misji i cynizmem świata polityki, Karski usunął się w po wojnie w cień. Skazał się na nieobecność. Na anihilację publiczną podobną zygielbojmowej, choć nie aż tak radykalną. Wyrwie go dopiero z niej, odnajdując w waszyngtońskiej samotni, Claude Lanzmann.

Wspominając dziś Szmula Zygielbojma i Jana Karskiego, chylę czoło przed ich dziełem osobistym, ich formatem moralnym i wszechogarniającą beznadzieją, której doświadczyli i stali się prawdziwymi Mistrzami. Byli posłannikami nikomu niepotrzebnej, przegranej misji w sprawie ginącego narodu. Nagrodą stało się dla nich państwo, które z tej przegranej misji wyrosło.

Copyright © FKCh ZNAK
1999-2008



2008-08-27, 20:20
Anja


2008-08-27, 22:58
Anja

Musimy pokazać potomkom wymordowanych Żydów całą prawdę o Polsce i Polakach

Przyjaciele Konrada Żegoty

Rzeczpospolita, 2 lipca 2004

MAREK ŻEBROWSKI

Medialne dyskusje o wizerunku Polski w świecie rozbudzają się co chwilę - wraz z powstaniem nowych projektów logo czy konkursami na rozmaite hasła - i równie szybko zamierają, bez konkretnych efektów. Podejrzewać można, że wciąż nie ma nawet rzetelnej analizy tegoż wizerunku, skoro za rozwiązanie niektórych kluczowych wręcz zagadnień nie zabrano się przez piętnaście lat niepodległości. Jedno z nich zawiera się w trzech słowach "Polacy - Żydzi - holokaust".

Tysiące młodych Żydów i Amerykanów, Francuzów czy Niemców odwiedzają co roku Polskę, by zobaczyć kraj, w którym żyli ich przodkowie, i odwiedzić miejsce noszące najstraszniejszą na świecie nazwę: Auschwitz. Płaczą na Umschlagplatz. Od kilku tygodni do tragicznej listy miejsc pamięci dołączył nowy pomnik w Bełżcu. Polska często nie kojarzy się im z niczym więcej, dobrze więc, jeśli przy okazji zobaczą Kraków czy Warszawę, wybiorą się w Tatry czy nad morze. Jednak krajobrazowe atuty Polski nie zmienią faktu, że wyjadą stąd z przeświadczeniem, że to kraj, w którym mordowano ich naród, żydowski cmentarz. Jeśli zaś trafi w ich ręce któryś z tekstów mówiących o "polskich obozach śmierci" czy polskim współdziałaniu w nazistowskich zbrodniach, przeświadczenie to się umocni. A przyczynić się do tego mogą choćby deputowani izraelscy, którzy przed paroma laty na forum Knesetu ganili "polski antysemityzm" podczas oficjalnej wizyty ministra Władysława Bartoszewskiego, jednego z założycieli "Żegoty".

Festiwal Kultury Żydowskiej, którego czternasta edycja trwa właśnie w Krakowie, jest jednym z niewielu elementów zmieniających ten obraz Polski. Nowym rozdziałem w relacjach polsko-żydowskich stanie się natomiast z pewnością Muzeum Historii Żydów Polskich, mające powstać w Warszawie. Autorzy pomysłu jego powołania chcą pokazać nie żydowską śmierć w Polsce, lecz żydowskie życie tutaj, na przestrzeni wieków. Chcą pokazać, dlaczego przez wieki tutaj właśnie ściągali prześladowani w innych krajach Żydzi i jak dalece odcisnęli swe piętno, ile z siebie oddali polskim dziejom i polskiej kulturze. Odkryć współczesnym polskie korzenie takich postaci jak Dawid Ben Gurion i Menachem Begin, Andre Citroen i Samuel Goldwyn, Henri Bergson czy Isaac Bashevis Singer. Wierzę, że w muzealnej ekspozycji znajdzie się też miejsce dla Żydów, którzy w polskich mundurach ginęli w Katyniu, pod Tobrukiem czy Monte Cassino. Ginęli za swoje - i za nasze - państwo.

Będziemy więc mieli muzeum zagłady w Oświęcimiu i muzeum życia w Warszawie. Ale nawet te dwie instytucje nie wypełnią wielopokoleniowej luki w świadomości Żydów i Polaków. Za konieczne uznać należy utworzenie instytucji, która dokumentować będzie wysiłki próbujących planom zagłady się przeciwstawić - Instytutu i Muzeum Pamięci "Żegoty". Musimy pokazywać światu sylwetki Jana Karskiego, który rządom aliantów usiłował przedstawić prawdę o położeniu polskich Żydów pod niemiecką okupacją, czy Zofii Kossak-Szczuckiej, współtwórczyni "Żegoty" - Tymczasowego Komitetu Pomocy Żydom, przekształconego szybko w oficjalny organ Delegatury Rządu RP na Kraj, Radę Pomocy Żydom. Dziś, jeśli chcemy uczciwie spojrzeć na historię wielowiekowych relacji polsko-żydowskich, musimy zarówno zmierzyć się ze świadomością silnych przed wojną nastrojów antysemickich, jak i pamiętać o okupacyjnej działalności tej katolickiej pisarki, zbliżonej właśnie do kręgów antysemickich. Nie można patrzeć na przedwojenny antysemityzm w Polsce przez pryzmat holokaustu. Ale też nie można mówić o polsko-żydowskich relacjach, zaprzeczając istnieniu antyżydowskich nastrojów w II RP. Oba te zachowania skażone są błędem ahistoryczności i stanowią zbrodnię na pamięci.

Konrada Żegotę, którego imię nosił Tymczasowy Komitet, wymyśliła właśnie Kossak-Szczucka. Ci, których pracę koordynowała Rada Pomocy Żydom, byli jednak postaciami rzeczywistymi, przeciwstawiającymi się rzeczywistej tragedii. Dziś Polacy pomagający w okresie hitlerowskiego bestialstwa Żydom stanowią ok. 1/3 grona Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Ale dla tychże narodów symbolem bohaterstwa pozostaje Niemiec Oskar Schindler, a nie Irena Sendlerowa z Krakowa - szefowa referatu dziecięcego "Żegoty", której życie zawdzięcza 2500 osób.

Dlatego wskazane jest utworzenie Instytutu i Muzeum Pamięci "Żegoty". Należy zebrać w nim i upowszechniać wszystkie świadectwa działalności tych, którzy chcieli jedynie "zachowywać się przyzwoicie", a byli bohaterami. Historycy obliczają, że dla uratowania jednego Żyda potrzebna była pomoc kilkunastu osób. Musiały więc być ich setki tysięcy. Wizytę w muzeum wpisać należy koniecznie w program zwiedzania muzeum oświęcimskiego, tak aby odwiedzający Polskę Żydzi wyjeżdżali z obrazem kraju, w którym Żydów spotykała nie tylko śmierć, ale i ratunek. Z tego względu właściwe byłoby zlokalizowanie tej instytucji w samym Oświęcimiu, albo może na krakowskim Kazimierzu. Wierzę, że ideę tę podejmie minister kultury, samorządy czy organizacje pozarządowe. Jestem pewien, że poprą ją media. Mam nadzieję, że do jej realizacji przyczynią się też środowiska żydowskie.

Nieżyjący już minister Andrzej Zakrzewski mawiał: "Nikt nie będzie mówił prawdy o nas, jeśli sami nie będziemy tego robić". Nie namawiam do fałszowania historii dla celów propagandowych. Nie możemy ukrywać tego, że w historii stosunków polsko-żydowskich są czarne karty antysemityzmu czy podłego szmalcownictwa. Ale musimy pamiętać i przypominać innym, że przez sądy Polski Podziemnej szmalcownicy karani byli wyrokami śmierci. Kto na świecie wie, że Polska była jedynym krajem, w którym za pomaganie Żydom groziła śmierć zarówno pomagającemu, jak i jego rodzinie? Powołanie Muzeum "Żegoty" jest obowiązkiem wobec ludzi, którzy za swą działalność oddali życie, ale też obowiązkiem wobec przyszłości. Bo i młodym Polakom przyda się nauka, że - jak pisał prof. Bartoszewski - "warto być przyzwoitym". Nawet w naprawdę ciężkich czasach.
Młodzi Żydzi, którzy dziś podczas Marszów Żywych nieodmiennie pytają, "gdzie podczas zagłady był Bóg", za kilka lat będą politykami, dziennikarzami i artystami. Będą współkształtować świat i wpływać na pozycję w nim Polski. Jeśli chcemy, żeby mieli wtedy prawdziwy obraz historii naszego kraju, musimy już dziś sami o to zadbać. Jeśli tego nie zrobimy, tylko do siebie będziemy mogli mieć pretensję.

Autor zajmuje się public relations i kreowaniem wizerunku osób publicznych.

Webmaster PASJE-STUDIO

2008-09-05, 00:22
Anja

Szewach Weiss, ambasador Izraela w Polsce

Żal - odpowiada Szewach Weiss, ambasador Izraela w Polsce, zapytany przez Kulisy, czy nie żal mu wyjeżdżać znad Wisły. Ogłoszono, że zakończył swoją misję, chociaż urzędował na placówce tylko trzy lata, a powinien cztery. Opuści Warszawę w końcu grudnia.

Jest najbardziej nietypowym dyplomatą spośród akredytowanych w Polsce. W czarnych garniturach i pod krawatem pojawiał się tylko na oficjalnych imprezach. Ulubiony strój to skórzana kurtka, sweter. Wyszedł za mury strzeżonego budynku ambasady. Jeździł, spotykał się, pisał artykuły do polskich gazet, był zawsze do dyspozycji mediów.

- Nigdy takiego ambasadora nie było - zapewnia Jan Jagielski z Żydowskiego Instytutu Historycznego o ambasadorowaniu Szewacha Weissa.

- Kiedy się pojawił, wielkie wrażenie zrobiło, że znał język polski. To człowiek ogromnie zaangażowany i bezpośredni. Na mnie, zajmującego się zabytkami żydowskiej kultury, niezwykłe wrażenie robiło, że znajdował czas na bywanie w miastach i miasteczkach, rozmowy, dyskutowanie. To było niezwykłe jak na dyplomatę - uważa Jagielski.

Nie wyszedł z piwnicy

Szejwach (w Izraelu zmieniono mu imię na hebrajskiego Szewacha) Weiss urodził się 68 lat temu w polskim miasteczku Borysław.

- Z dzieciństwa mam miłe wspomnienia. Mój ojciec miał sklep. U nas kupowali wszyscy sąsiedzi: Polacy, Ukraińcy. U nas pracowała Ukrainka, pomagała w domu i myśmy z nią żyli, jak w rodzinie. W domu mówiono po polsku, ukraińsku, w języku jidysz, po hebrajsku, a podczas okupacji sowieckiej w latach 1939-1941 używało się też języka rosyjskiego. Była atmosfera wielokulturowa, wielojęzykowa. Jako dziecko właściwie nie mówiłem po polsku. Póki żyli dziadzio Hirsz i dziadzio Icyk, babcia Mincia, to używano języka żydowskiego - jidysz - wspomina.

Wraz z wojskami niemieckimi, które wkroczyły do Borysławia w czerwcu 1941 roku, rozpoczęły się pogromy, a potem holokaust. Weissowie uciekli z getta. Zostali w nim dziadek Hirsz i dziadzio Icyk i babcia Mincia. Wszyscy zginęli. Młodych Weissów ukryła w kapliczce Polka - pani Góral. Potem, w domu, ukrywała ich pani Potężna. Weiss senior wybudował kryjówkę: za swoim sklepem zrobił podwójną ścianę, w niej piętrowe łóżka. Dziewięć osób zamieszkało w wąskim pomieszczeniu. Pani Lasotowa, Ukrainka, której syn służył w niemieckiej żandarmerii, przynosiła im jedzenie. Potem przenieśli się do piwnicy opuszczonego domu. Przeżyli w niej dwa lata. Opiekowali się nimi: pani Lasotowa, pani Potężna oraz jej syn Tadek. Wiele lat później, dzieci tych pań z rąk ambasadora otrzymały medale Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata.

- Podczas holokaustu naszym językiem było milczenie. Bo w tej podwójnej ścianie, w której się ukrywaliśmy i w piwnicy, w ogóle nie wolno było mówić, ba, nie wolno było płakać, nie wolno było wydać żadnego głosu - wspomina ambasador. Którejś nocy Szejwach chciał czegoś i zapowiedział, że będzie krzyczał. "Uduszę cię" - ostrzegł ojciec. - Ja ciągle nie wyszedłem z tej piwnicy - mówi Weiss.

Wiele tęsknot

Wyjechali z Polski w 1946 roku, po pogromie w Kielcach. Wtedy 90 tysięcy Żydów uciekło z Polski. - Ale i tak prawdopodobnie byśmy wyjechali, bo ojciec był syjonistą i jeszcze przed wojną zamierzał wyjechać - uważa Weiss.

Dotarł do Palestyny w grudniu 1947 roku. Pół roku później powstało państwo Izrael. Rodzice i siostra zatrzymali się w Austrii, bo trzeba było podleczyć ojca. Potem dołączyli do syna. W Izraelu nie mówił po polsku, ale widział polskie gazety. Te z kraju i wydawane w Izraelu. Wtedy, zdaniem Weissa, zrodziła się u niego tęsknota za polskim językiem. Pracował w radiu, pisał książki dla dzieci. Studiował politologię. Został działaczem Partii Pracy. Był posłem, wiceprzewodniczącym i przewodniczącym Knessetu (parlamentu), wreszcze delegatem Knessetu do Rady Europy. Jest autorem ponad 30 książek z dziedziny nauk politycznych i zarządzania.

Szewach Weiss opublikował w Polsce dwie książki: "Ziemia i chmury" (Pogranicze 2002), nostalgiczny wywiad-rzekę i "Czas ambasadora" (Księgarnia Akademicka 2003), zbiór politycznych publikacji. Napisał: "Przyjechałem do tego kraju z tęsknoty, a odjeżdżam z jeszcze większą w sercu". Dlaczego? - zapytaliśmy. - To jest moje poczucie osobiste - mówi Weiss. - Ta tęsknota należy do mego straconego dzieciństwa. Tęsknota do krajobrazu, do natury, do kolorów, do zapachów, do pięknego miasteczka Borysławia, do Karpat.

Grzech 1968

Żydzi polscy zawsze odgrywali w Izraelu dużą rolę. Pierwszy premier Izraela, Ben Gurion, pochodził z Polski. - On stąd, z Płońska - mówi ambasador. W pierwszym rządzie Izraela, na 13 ministrów - 7 pochodziło z Polski.

W 120-osobowym pierwszym parlamencie - 61 posłów wywodziło się z Polski, choć należeli do różnych partii.

- To jedyna większość w naszym parlamencie - śmieje się Weiss. - Ale czuliśmy się przykro - dodaje. - Przed wojną wolno było Żyda obrazić, a po wojnie wolno było wyrzucić z Polski. Tak stało się w 1968 roku, kiedy towarzysz Gomułka powiedział ponad pięćdziesięciu tysiącom Żydów: jesteście tutaj niepotrzebni. Nikt na świecie nie pozwoliłby sobie na coś takiego! Miałem ambiwalentny stosunek do Polski. Z jednej strony była tęsknota za utraconym dzieciństwem, a z drugiej strony, byłem obrażony - twierdzi.

Zdaniem ambasadora, zarówno w Izraelu, jak i wśród Żydów na świecie istnieje antypolonizm. Grzech popełniony w 1968 roku został psychologicznie powiązany z polskim antysemityzmem sprzed wojny. - Antysemityzm istnieje do dzisiaj, chociaż być w Polsce antysemitą to hańba. Ale nieoficjalnie mamy go dość dużo, tak jak w całej Europie i może na całym świecie - mówi ambasador. - Gdybyśmy mieli normalny dialog, jak z innymi państwami, normalne stosunki dyplomatyczne przez cały czas, to mogę powiedzieć "na sto procent", że w Polsce zostałoby 200-300 tysięcy Żydów - twierdzi Weiss. - Mielibyśmy tu każdego roku setki tysięcy turystów z Izraela i z całego żydowskiego świata, i Polaków u nas w Izraelu. To nie jest taka zwykła sprawa, że wśród Polaków jest najwięcej Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Coś się działo między nami i było to przeważnie coś bardzo pozytywnego - uważa ambasador.

- Żaden następny ambasador nie będzie miał tak doskonałych kontaktów z ludźmi i z mediami. Mówi po polsku lepiej niż niejeden rodak, barwnym, soczystym językiem. Poznałem go 10 lat temu, kiedy był przewodniczącym Knessetu - wspomina podsekretarz stanu, Tadeusz Iwiński. - Byłem wtedy w Izraelu i przywiozłem mu dane o ludziach, którzy ukrywali jego rodzinę. Mógł zostać ambasadorem w innych państwach, ale wybrał Polskę. Szkoda go, ale cóż, rząd w Izraelu jest prawicowy, a on jest z innej opcji.

Ambasadorowie Izraela są delegowani na cztery lata. Weissa odwołano po trzech latach. - To są sprawy polityczne. Gdyby Szimon Peres (też urodzony w Polsce, polityk Partii Pracy) był dalej ministrem spraw zagranicznych, to ja bym tu został, ile bym chciał. Ale nie mam pretensji, bo taki jest system - mówi Szewach Weiss. - Trzy lata mego pobytu w Polsce poświęciłem pracy dla pojednania. Wyjeżdżam z poczuciem, że jeszcze trzeba wiele zrobić, choć wszystko idzie w dobrym kierunku. Mam jednak przeświadczenie, że nie skończyłem mojej misji - uważa ambasador.

Po powrocie do Izraela zamierza napisać książkę o polskich Żydach i ich roli w dziejach państwa Izrael.

2008-09-20, 21:43
Anja

Dwa powstania, jeden los

LIST Z TEL AWIWU

MICHAEL COHEN

Właśnie skończyłem czytać książkę Normana Daviesa "Powstanie 1944 r. - Bitwa o Warszawę". Ta wspaniała historyczna analiza napełnia czytelnika szacunkiem i podziwem dla odważnego narodu. Książka skłoniła mnie też do spisania moich przemyśleń i odczuć dotyczących stosunków między Polakami a Żydami oraz spowodowała pragnienie wyjaśnienia, dlaczego jestem przyjacielem Polski.

Byliśmy z żoną w Polsce dwukrotnie: po raz pierwszy mniej więcej dziesięć lat temu, a następnie rok później. Przyjeżdżaliśmy nie w ramach zorganizowanej grupy, lecz indywidualnie; w obu przypadkach bezpośrednim powodem były zawodowe spotkania (jestem rzecznikiem patentowym), lecz w rzeczywistości chodziło nam o coś znacznie więcej (moja żona urodziła się w Izraelu, lecz oboje jej rodzice pochodzili z Warszawy) - o poznanie kraju i jego mieszkańców, a także o zwiedzenie miejsc związanych z holokaustem.

Nie chcę rozwodzić się tu nad naszym spotkaniem ze śladami zagłady Żydów ani nad tym, co one dla nas znaczyły; wszystko, co mógłbym na ten temat powiedzieć, brzmiałoby pospolicie i banalnie. Chciałbym natomiast podzielić się pewnymi spostrzeżeniami, które rozwinę w dalszej części listu.

Choć często - i nie bez racji - mówi się, że holokaust był przyczyną, dla której Polska stała się największym na ziemi żydowskim cmentarzem, nie stało się tak w żadnej mierze wskutek działań czy zaniechań Polaków. To nie Polacy powzięli, zaplanowali i zrealizowali zamiar - plan unicestwienia Żydów; to nie oni podjęli decyzję o zlokalizowaniu na polskiej ziemi fabryk śmierci i obozów. Polacy nie uczestniczyli w zorganizowany sposób w aktach mordu. Wielu współczujących, wielkodusznych Polaków nie opuściło Żydów w nieszczęściu; ci ludzie pomagali poszczególnym Żydom w ucieczce, ukrywali ich, żywili i ratowali im życie z narażeniem własnego. Wreszcie, sami Polacy byli prześladowani przez hitlerowców i zabijani w tych samych obozach śmierci, co Żydzi.

Podczas pierwszego pobytu w Polsce pojechaliśmy z żoną do Treblinki. Chodząc wśród tablic pamiątkowych i kamiennych kopców, zbliżyliśmy się do grupy trzech mężczyzn. Dwaj rozmawiali między sobą po angielsku, a do trzeciego zwracali się po polsku. Nawiązaliśmy rozmowę. Okazało się, że dwaj mówiący po angielsku mężczyźni to ojciec i syn, zamieszkali w Wielkiej Brytanii. Ojciec, Polak, w chwili wybuchu wojny służył w polskiej marynarce wojennej. Udało mu się przedostać do Anglii, gdzie zgłosił się na ochotnika do służby w brytyjskiej flocie handlowej. W owych czasach było to zajęcie niesłychanie niebezpieczne ze względu na swobodę działania niemieckich łodzi podwodnych. Na szczęście przeżył i znalazł sobie angielską dziewczynę, z którą ożenił się po wojnie. Syn - owoc tego związku - mówi tylko po angielsku; zna zaledwie kilka polskich słów. Na pytanie, co skłoniło ich do zwiedzania Treblinki, ojciec wyjaśnił, że hitlerowcy wymordowali, między innymi, sześć milionów polskich obywateli: trzy miliony polskich Żydów i trzy miliony Polaków-katolików. Dla uczczenia tych ofiar co roku latem odbywają z synem pielgrzymkę do miejsc zagłady w Polsce. To spotkanie głęboko nas poruszyło.

Potrzebny sprawiedliwy bilans

Polsko-żydowskie stosunki na polskich i litewskich ziemiach były zawsze szczególne - choćby ze względu na liczebność żydowskiej populacji. Zważywszy, że obie strony uporczywie trwały przy swej kulturze, religijne konflikty i tarcia między obydwiema społecznościami były nieuniknione: istniał antysemityzm; zdarzały się pogromy i prześladowania. Jest faktem, że w okresie międzywojennym polski rząd prowadził politykę państwowego antysemityzmu, przejawiającą się w różnych formach dyskryminacji, a zmierzającą do skłonienia Żydów do emigracji. Istnieją też dowody na to, że podczas okupacji polskie organizacje podziemne działające na wsi i w lasach, zwłaszcza Armia Krajowa, źle traktowały żydowskie partyzanckie organizacje (wydaje się, że w Warszawie było inaczej). Po wojnie, gdy szczególnie trzeba było pojednania i odbudowy, zdarzały się wybuchy wrogości wobec Żydów. To wszystko sprawiło, że polscy Żydzi, którzy przybyli do Palestyny w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku, a także ci, którzy przyjechali do Izraela po wojnie, przynieśli ze sobą - niestety - wiele urazów. O tym wszystkim trzeba pamiętać w imię historycznego obiektywizmu, lecz trzeba także sporządzić sprawiedliwy bilans dobra i zła.

Na korzyść polskiego narodu i kolejnych władców przemawia fakt, że - poczynając od XV w. - przez cały okres istnienia suwerennego polskiego państwa, tzn. do rozbiorów, a następnie po pierwszej wojnie światowej, stosunek do Żydów, tak przecież odmiennych pod względem kultury i religii, był z reguły dość liberalny. Żydom przyznawano prawa obywatelskie. Na korzyść Żydów przemawia to, że - uzyskawszy je - wnieśli ogromny wkład w gospodarczy, kulturalny, naukowy i techniczny rozwój kraju, który udzielił im gościny i z czasem stał się ich ojczyzną.

Można zatem powiedzieć, że polsko-żydowskie współistnienie było małżeństwem z rozsądku, a nie z miłości, funkcjonującym nie najgorzej, grosso modo, aż do wybuchu drugiej wojny światowej. Wówczas to polsko-żydowskiej koegzystencji zadano straszliwy cios, zmieniając ją we wspólną tragedię: miliony polskich Żydów i Polaków nieżydowskiej narodowości zginęło wraz z milionami Żydów z innych europejskich krajów. W rezultacie - a także w wyniku zmian terytorialnych narzuconych przez rzekomych sojuszników - Polska zmieniła się nieodwracalnie w sensie demograficznym i geograficznym.

Alianci nie kiwnęli palcem

Z książki Normana Daviesa wyłania się obraz tego, jak postępowali wobec Polski jej zachodni sojusznicy i ZSRR po wybuchu i podczas drugiej wojny światowej: obraz obłudy i zdrady. Dwulicowe traktowanie Polski przez Wielką Brytanię i Francję zaczęło się jeszcze przed wybuchem wojny. Warto przypomnieć, że zachodni sojusznicy zagwarantowali terytorialną integralność Polski, deklarując, że każdy przypadek użycia przez Niemcy siły wobec Polski będzie uznany za casus belli i spotka się z taką samą odpowiedzią. Wobec tego, gdy rozpoczęły się działania wojenne, Polska miała podstawy oczekiwać interwencji i pomocy Zachodu bez względu na niesławny hitlerowsko-sowiecki traktat (pakt Ribbentrop-Mołotow) z 1939 r. Licząc na to, Polska zdecydowała się stawić opór niemieckiemu atakowi i walczyć, pomimo poważnej przewagi militarnej nieprzyjaciela. Jednak gdy Niemcy uderzyły 1 września 1939 r., zachodni sojusznicy nie dotrzymali udzielonych gwarancji: po prostu przyglądali się, nie kiwnąwszy palcem. W tych warunkach fakt, że Polska broniła się ponad miesiąc, graniczył z cudem i dowodził wielkiej waleczności i sztuki - zwłaszcza że równocześnie ze wschodu uderzył na nią ZSRR, zgodnie z hitlerowsko-sowieckim paktem.

Jest ironią historii, że w tej rozpaczliwej sytuacji to Polacy udzielili Wielkiej Brytanii pewnego militarnego wsparcia. Tuż przed wybuchem wojny polski wywiad przekazał Brytyjczykom schemat maszyny kodującej - Enigmy. Po rozpoczęciu działań wojennych Polacy - praktycznie pod ogniem wroga - podjęli znakomity program badań matematycznych, który miał złamać program Enigmy. Polskie władze przekazały ów projekt Brytyjczykom, ci zaś rozwijali go intensywnie w sławnym dziś ośrodku Branes Lodge w King's Langley w hrabstwie Hertfordshire. Fakt, że dzięki temu przedsięwzięciu sojusznicy byli w stanie odczytywać niemieckie, wojskowe i dyplomatyczne przekazy, miał kolosalne znaczenie dla sposobu prowadzenia przez aliantów wojny oraz dla zwycięstwa.

Bywa tak, że nawet między bliskimi wojennymi sprzymierzeńcami politykę i dyplomację cechują bezwzględność, cynizm, niewdzięczność i perfidia. Wiele z tych cech odnajdujemy w sposobie, w jaki Wielka Brytania - a następnie także Stany Zjednoczone i ZSRR - potraktowały polski rząd emigracyjny w Londynie oraz jego podziemne i regularne siły zbrojne w czasach, gdy Polska znajdowała się pod okupacją. Niektórzy pamiętają, a inni znają z ustnych i pisemnych przekazów bezcenny wkład polskich lotników w bitwę o Anglię, ważny udział polskich sił lądowych w walkach z Niemcami i Włochami w Afryce Północnej i wybitne zasługi polskiego wojska w kampanii włoskiej, szczególnie w bitwie o Monte Cassino - by wymienić tylko parę przykładów. Te wysiłki nie przyniosły politycznej nagrody; na froncie dyplomatycznym polski rząd na uchodźstwie lekceważono, ignorując i odrzucając jego żądania dotyczące kształtu powojennej Polski. Z punktu widzenia zachodnich sojuszników spełnienie życzeń Stalina miało absolutne pierwszeństwo, a jeśli miałoby się to odbyć kosztem Polaków - to cóż, takie jest życie... Polsce pisana była długa i wyboista droga do pełnego odrodzenia i odbudowy.

Można dopatrzeć się tu analogii z postępowaniem Wielkiej Brytanii wobec Żydów osiadłych na ziemiach, które były wówczas Palestyną. W czasie wojny żydowska społeczność w Palestynie, choć mała - bo licząca zaledwie 500 tysięcy - potrafiła jednak udzielić technicznego i naukowego wsparcia siłom sprzymierzonym na Bliskim Wschodzie (w tym także polskiemu wojsku pod dowództwem gen. Andersa, stacjonującemu wówczas w Palestynie); zasilić brytyjską armię ponad 30 tysiącami ochotników, którzy walczyli w północnej Afryce, Włoszech (także pod Monte Cassino) i zachodniej Europie; a w kraju utrzymywać w stanie gotowości kontyngenty sił terytorialnych i podziemnych na wypadek, gdyby niemiecka armia pod dowództwem marszałka Rommla przerwała okrążenie i dotarła do Palestyny. Podobnie jak w przypadku Polski po wojnie odmówiono im politycznej nagrody. Gdy poznano skalę holokaustu, Żydzi w Palestynie zażądali od brytyjskiego rządu prawa swobodnej imigracji dla ocalałych z holokaustu, a także własnej państwowości, lecz odprawiono ich z kwitkiem. Ta odmowa spowodowała wybuch zbrojnej walki, odwołanie się do ONZ i ustanowienie w 1948 r. państwa Izrael.

2008-10-14, 10:31
Krzysiek

Zapomniane powstanie

Gdy skończyła się wojna, z dymiących zgliszcz Polski wyszło 100 do 150 tys. ocalałych Żydów - drobny ułamek liczącej 3,2 mln żydowskiej populacji w przedwojennej Polsce. Jeśli wziąć pod uwagę, że ci ludzie ocaleli jedynie dzięki niesłychanie odważnej postawie i działaniu setek tysięcy szlachetnych, współczujących Polaków, którzy z narażeniem własnego życia (bo przecież hitlerowcy na miejscu zabijali tych, u których znaleziono ukrywanych Żydów), dawali schronienie i żywili żydowskich uciekinierów - jest to liczba imponująca. Wyłania się z niej obraz współczucia i humanitaryzmu w skali, której nie dorównuje żaden inny okupowany kraj. Większość ocalałych i większość ich wybawców zapewne już nie żyje, a zatem na poziomie mikro nikt już nie opowie wielu z tych jednostkowych historii pomocy i ocalenia. Niemniej, na poziomie makro pozostaje epopeja ratunku, której przyswojenie powinno zbliżyć oba narody.

Historia powstania w warszawskim getcie w 1943 r. przeszła do legendy. Jest szczególnie droga Żydom, lecz uznaje się ją także za kamień milowy europejskiej historii. Nic dziwnego zatem, że po przyjeździe do Warszawy pierwsze kroki skierowaliśmy do tych miejsc w getcie i innych obiektów, które wiążą się w szczególny sposób z holokaustem, takich jak Umschlagplatz. Oprowadzał nas nasz przyjaciel i gospodarz Zbigniew Kamiński, który w 1943 r. jako siedemnastoletni żołnierz AK uczestniczył w utrzymywaniu operacyjnych kontaktów z żydowskim podziemiem na terenie getta - między innymi w przemycie broni i żywności i od czasu do czasu, w wynoszeniu stamtąd dzieci. Gdy dotarliśmy do rzeźby Nathana Rapaporta, upamiętniającej powstanie w getcie, mieliśmy łzy w oczach.

Wydawało się nam wówczas, że już wszystko zobaczyliśmy - dopóki następnego dnia Zbigniew nie zaczął opowiadać o innym powstaniu, o którym nie mieliśmy pojęcia. Po raz pierwszy usłyszeliśmy o powszechnym powstaniu w Warszawie w 1944 r., w którym - po dwóch miesiącach najstraszliwszych, heroicznych walk - poległo ponad 200 tysięcy bojowników i cywilów, pozostałą ludność wygnano, a Warszawę spalono i zrównano z ziemią.

Zbigniew, który w powstaniu dowodził plutonem AK, poprowadził nas do miejsca, w którym stracił niemal cały oddział, do kanałów, które służyły jako linie łączności i drogi przemieszczania walczących oddziałów, do pomnika Powstania Warszawskiego. O tych sprawach nie wiedzieliśmy ani my, ani - jak się okazało po powrocie do kraju - nikt spośród naszych znajomych. Czuliśmy się tak, jak gdyby dopuszczono nas do straszliwego sekretu. Cały świat wiedział, oczywiście, o powstaniu w getcie rok wcześniej, natomiast wydawało się, że nikt nie słyszał o powszechnym powstaniu 1944 r. Prawdę powiedziawszy, po dziś dzień większość ludzi, z którymi rozmawiamy, nie zna tej historii. Zastanawialiśmy się, dlaczego tak jest...

Dziesięć lat później wpadła nam w ręce książka Normana Daviesa!

Zdradzeni po raz drugi

Nie zamierzam szczegółowo omawiać książki Normana Daviesa, lecz chcę powiedzieć, że otworzyła mi oczy na fakt, iż historia warszawskiego powstania 1944 r. i powstania w getcie w 1943 r. tworzą łącznie epopeję, która stanowi część dziedzictwa Zachodu; że są kamieniami milowymi polskiej i żydowskiej historii; że trzeba o nich opowiadać i uczyć w Izraelu, Polsce i w całym zachodnim świecie.

Wydaje się, że decyzja głównodowodzącego AK, generała Tadeusza Bora-Komorowskiego o rozpoczęciu powstania 1 sierpnia 1944 r. miała poparcie całej AK i większości cywilnej ludności Warszawy. Wśród istotnych czynników, leżących u podłoża tej decyzji, była narastająca nienawiść do hitlerowskiej okupacji i uczucie, że przeciągnięto strunę, lecz w rozumowaniu głównodowodzącego był także silny element polityczny: założenie, że oswobodzenie Warszawy wspólnym wysiłkiem AK i prowadzącej ofensywę Armii Czerwonej niepomiernie wzmocni pozycję rządu RP na uchodźstwie na niekorzyść popieranego przez Sowietów komitetu lubelskiego. Była to racjonalna kalkulacja i mogłaby się sprawdzić, gdyby Polaków nie zdradzono po raz kolejny - tak jak w 1939 r.

Ducha zdrady czuło się już przed wybuchem powstania, gdy stało się oczywiste, że ani Brytyjczycy, ani Amerykanie nie podejmą szczególnego wysiłku, aby je wesprzeć nalotami, zrzutami zaopatrzenia i desantami polskich spadochroniarzy. Żaden z sojuszników nie zamierzał angażować się w działania, które mogłyby rozgniewać Stalina. On, świadom własnej siły, w obliczu wahań zachodnich aliantów podjął strategiczną decyzję o zerwaniu stosunków z polskim rządem emigracyjnym. To w takich warunkach nieustraszony generał podejmował śmiałą decyzję o rozpoczęciu walk.

Wkrótce po wybuchu powstania sprawdziły się obawy. Brytyjski rząd, wojskowi i wywiad były w większości przeciwne jakiejkolwiek interwencji. Co prawda Winston Churchill wydał rozkaz prowadzenia zrzutów broni, amunicji i innych środków zaopatrzenia lecz - wobec technicznych ograniczeń ówczesnych samolotów transportowych, wobec przewagi niemieckiego lotnictwa i obrony przeciwlotniczej w tym rejonie oraz wskutek sowieckiej odmowy współpracy - kilka przeprowadzonych akcji lotnictwa zakończyło się tragicznie. Reasumując, brytyjska pomoc była prawie żadna. Amerykanów interesowały przede wszystkim walki w zachodniej Europie i na Pacyfiku i nie zamierzali zawracać sobie głowy powstaniem w Warszawie, rozpoczętym wbrew woli Stalina.

Jeśli chodzi o Sowietów, nie tylko odmówili wsparcia brytyjskich i amerykańskich operacji lotniczych, lecz umyślnie wstrzymali ofensywę Armii Czerwonej pod dowództwem marszałka Rokossowskiego. Pierwszy front białoruski wszedł na przedmieścia Pragi na wschodnim brzegu Wisły; miały też miejsce sporadyczne i pozbawione większego znaczenia wypady na przyczółek za rzeką, prowadzone głównie przez polskie jednostki prosowieckiej armii generała Berlinga, lecz ostatecznie cały pierwszy front, włącznie z polskimi oddziałami, wycofał się ze sceny i trzymał się z dala, dopóki wszystko się nie skończyło.

Zdrada sojuszników nie powstrzymała AK; walki były okrutne i zawzięte. Wbrew wszelkim rokowaniom powstanie trwało ponad dwa miesiące i w tym czasie powstańcy zadali ciężkie straty niemieckiej armii i Waffen SS. Godzien uwagi - i istotny z punktu widzenia tej historii - jest fakt, że gdy zbliżało się powstanie, wielu spośród Żydów, którzy przeżyli powstanie w getcie i znaleźli schronienie u nieżydowskich mieszkańców Warszawy, wstąpiło do AK i brało udział w walkach. Wielu położyło znaczne zasługi. Szczegóły heroicznych walk powstańczych, opowiedziane przez Normana Daviesa, są zdumiewające i pokrywają się z wzorcem wcześniejszego o rok powstania w getcie. Imponuje to, że przez cały okres walk powstańcy - włącznie z kobiecymi pomocniczymi oddziałami i sanitariuszkami - a także cała ludność, starali się prowadzić normalne życie i gromadzili się, praktycznie pod ogniem, na spotkania o charakterze duchowym i kulturalnym.

Kolejną ironią historii jest to, że podczas gdy zachodni sojusznicy i Sowieci nie uznali oficjalnie powstania, waleczność, nieustraszona odwaga i sztuka wojenna powstańców wywarły wrażenie na przeciwniku, który - wbrew przyjętej hitlerowskiej "kulturze" postępowania wobec powstańców - tym razem zdecydował się, po ponad dwóch miesiącach ciężkich walk, podpisać z AK formalne dwustronne porozumienie o kapitulacji i przyznać powstańcom status jeńców wojennych. Jednak hitlerowcy, wierni sobie i swej "kulturze", nie poprzestali na tym. Najgorsze miało dopiero nadejść: wygnano całą ludność Warszawy, a miasto spalono i zrównano z ziemią. Gdyby hitlerowcy wygrali wojnę, nie byłoby dziś Warszawy.

Prawda do ukrycia

Te fakty - w połączeniu z bardzo korzystnymi wrażeniami o kraju, jego mieszkańcach, kulturze, jakie wynieśliśmy z żoną z naszych dwóch pobytów - wzbudziły w nas uczucie szacunku i podziwu dla Polski i Polaków. Jesteśmy pewni, że niektóre analogie współczesnej historii Polaków i Żydów oraz wspólny okrutny los podczas drugiej wojny światowej, mogą - pomimo pewnych różnic i nieporozumień - odegrać decydującą rolę, stając się punktem wyjścia dla przyszłego wspólnego przeznaczenia Izraela i Polski.

Na pierwszy rzut oka trudno zrozumieć, dlaczego historii powstania 1944 r. nigdy przedtem nie opowiedziano rzetelnie i dokładnie. Wydaje się, że stało się tak dlatego, że wszyscy mieli powody, by tę sprawę trzymać w ukryciu lub przynajmniej pomniejszać jej znaczenie. Rządy Wielkiej Brytanii i USA życzyły sobie, by ich ówczesne niegodne (by nie powiedzieć zdradzieckie) postępowanie wyszło na jaw jak najpóźniej. Z drugiej strony ZSRR, znany z tego, że nie żałuje ani nie wstydzi się przeszłych złych postępków czy grzechów zaniechania - miał problemy natury doktrynalnej wynikające ze skromnego (mówiąc najłagodniej) wkładu popieranej przez Sowietów Armii Ludowej (AL) w powstanie. Tę doktrynerską postawę narzucono powojennym komunistycznym władcom Polski; w rezultacie przez cały okres władzy komunistów w Polsce odsądzano powstanie 1944 r. od czci i wiary z niemal religijną gorliwością, a tych, którzy chcieli badać dzieje powstania warszawskiego, odsyłano do historii powstania w getcie. Nic dziwnego, że Izraelczycy i inni wiedzieli tylko o tym ostatnim i nigdy nie słyszeli o powszechnym powstaniu warszawskim 1944 r.

Wiara w przyszłość

Gdy zakończyła się wojna, rozpoczął się proces odbudowy żydowskiej społeczności w Polsce, liczącej około 250 tysięcy - w tym Żydów ocalonych z holokaustu na polskiej ziemi i repatriantów z ZSRR, dokąd uciekli w 1939 r. Niestety, kładą się nie niej cieniem pewne przypadki przemocy: sporadyczne ataki na Żydów, podejmowane przez członków reakcyjnych organizacji; pogromy w Krakowie w sierpniu 1945 r. i w Kielcach w lipcu 1946 r. W rezultacie większość tych, którzy mogli stworzyć żydowską społeczność w powojennej Polsce, wyjechała do Izraela. Tu nowi przybysze utworzyli, wraz z polskimi Żydami przybyłymi w okresie międzywojennym, wielką społeczność dawniej polskich Żydów, którzy w Polsce doświadczyli cierpień. To niewątpliwie tłumaczy, choć niekoniecznie usprawiedliwia, antypolskie nastroje panujące w izraelskim społeczeństwie.

Jak wspomniałem, oceniając długotrwałe związki Polaków i Żydów, trzeba mieć na uwadze ich całokształt i bilansować dobro i zło. Trzeba także uwzględniać kulturowe nurty, decydujące o postępowaniu stron wobec siebie. Z takiego punktu widzenia - i uwzględniając wszystko, co zostało tu powiedziane - muszę stwierdzić, że na płaszczyźnie osobistej czuję wielką sympatię do Polaków i ich kultury. Na płaszczyźnie narodowej uważam, że bilans setek lat współistnienia wypada zdecydowanie dodatnio i że dobre doświadczenia przeważają nad złymi. Ponadto, pamiętając, że państwo Izrael stworzyli, między innymi polscy Żydzi i uwzględniając polską kulturę i pewne piękne wewnętrzne cechy polskiego narodu, wierzę, że Izraelowi i Polsce przeznaczone jest zostać bliskimi przyjaciółmi i sojusznikami.

Michael Cohen

2008-10-16, 00:30
Anja

Gdyby nie Oni, nas by nie było.....
Bolek
Te okolice to absolutny ewenement, jeśli chodzi o skalę udzielanej pomocy i liczbę osób, które zapłaciły za to życiem. Nie ma porównania w całej Polsce. To jedne z najpiękniejszych kart historii naszego regionu. Ale też znak czasu, że poznajemy ją dopiero teraz – mówi dr Sebastian Piątkowski, historyk z radomskiej delegatury Instytutu Pamięci Narodowej, autor wielu publikacji na temat dziejów społeczności żydowskiej w Radomiu.
IPN rozpoczął kampanie społeczną „Życie za Życie”, gromadzi relacje o pomocy udzielanej Żydom przez Polaków w czasie wojny, póki jeszcze żyją świadkowie tamtych zdarzeń. Historycy instytutu odwiedzają potomków zamordowanych, spisują wspomnienia sąsiadów, skanują pożółkłe fotografie, stare dokumenty. Powstaje wielkie świadectwo bohaterstwa, nigdy wcześniej nieopisanego. Jak historie spod Ciepielowa i Lipska.

Mordowani za pomoc

6 grudnia 1942 r. pod dom Kowalskich w Ciepielowie podjechali Niemcy. Kazali im przejść do domu Obuchów, bo był drewniany. Zamknęli ich wszystkich razem w środku, w sumie trzynaście osób, w tym także dzieci, i podpalili. 14-letnia Janina Kowalska uwolniła się i próbowała ratować się. Niemcy udawali, że pozwalają jej uciec w pole, po czym zastrzelili, a zwłoki wrzucili do płonącego domu. Zginęli tam jej rodzice Bronisława i Adam oraz rodzeństwo Stefan, Zosia, Henio, najmłodszy Tadzio, a także ciotka i wujek Obuchowie, czworo kuzynostwa.
Dzień później Niemcy w zabudowaniach w Gardzienicach wykonali egzekucję na rodzinie Kosiorów i Skoczylasów. 33 osoby poniosły śmierć, bo ktoś doniósł, że Kowalscy, Obuchowie, Kosiorowie i Skoczylasowie pomagali grupie ukrywających się Żydów.
Ich nazwiska są wśród innych 700 polskich nazwisk na liście Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, którzy życiem zapłacili za pomoc udzieloną w czasie wojny Żydom.
Tylko tylu i aż tylu, mając w pamięci, że odznaczenie przyznawane jest na wniosek osoby uratowanej, która przeżyła wojnę i mogła dać świadectwo bohaterskiego czynu. A ile było takich przypadków, gdy wysiłki Polaków, aby uratować ludzi z getta, kończyły się tragedią i ratujących, i ratowanych?
Tylko na terenach polskich Niemcy stosowali restrykcyjne prawo, w myśl którego nawet za podanie kromki chleba i kubka wody kara śmierci groziła tak Żydowi, jak i pomagającemu Polakowi; za uchylenie się od złożenia donosu na sąsiada chroniącego podejrzanego lokatora- obóz koncentracyjny. A mimo to wielu decydowało się pomagać. Ponad sto osób wymienionych na liście zamordowanych „Sprawiedliwych…”
Pochodziło z regionu radomskiego, przede wszystkim z okolic Ciepielowa i Lipska. Czyli co siódmy.

Córka się nie dowie

Wieś Boiska koło Lipska. 2 stycznia 1942 r. Za pomoc udzieloną rannemu Żydowi Niemcy rozstrzeliwują Józefa Krawczyka, jego żonę i kilkuletniego syna. Ciała palą. Drugi syn ratuje życie tylko dlatego, że tej nocy został u babci. Po latach ze łzami w oczach opowiada, jak ojciec, widząc słaniającego się mężczyznę, opatrzył mu ranę i dał jedzenie na drogę. Ale pod Białobrzegami Żyda złapał niemiecki szpicel i wymusił wskazanie tych, którzy pomogli. Rodzina Krawczyków za tę pomoc zapłaciła życiem.
Podobnie jak pięć kobiet z Radomia, które jesienią 1942 r. pojechały pociągiem do Opoczna, aby zawieść jedzenie Żydom uwięzionym w getcie.
- Pani Stępniowa i pani Stanikowa, no i moja mama- wylicza Janina Pasek. Miała sześć lat, gdy jej mama, Katarzyna Kazimierczak, pojechała do Opoczna i już nie wróciła. Podobno jechała po żydowskie dziecko, które trzeba było wyciągnąć z getta. Ale tego pani Janina nigdy się już nie dowie, bo z wyprawy do Opoczna nikt nie ocalał. Kobiety rozstrzelano, a ciała wystawiono na widok publiczny, żeby były przestrogą dla innych.
Katarzyna Kazimierczak osierociła córkę i dwóch synów, zginęła będąc w ciąży.
Dlaczego się zdecydowała?- Nie wiem, za mała byłam, żeby te sprawy rozumieć. Mamę już wcześniej Niemcy zatrzymali, udało się ją wyciągnąć dzięki pomocy wujka, który jeździł w straży. I mimo to znów pojechała. Bo dla nas to nie byli Żydzi, tylko sąsiedzi z Reja i Ciesielskiej, mamy soli sobie pożyczały, ja z ich dziećmi na podwórku się bawiłam- mówi Janina Pasek.

Sąsiedzi sobie pomagali

- Przed wojną i Żydzi żyli w biedzie, i Polacy żyli w biedzie. To rodziło społeczną więź. Sąsiedzi sobie pomagali, wspierali we wspólnej niedoli. To przełożyło się potem na relacje, gdy zaczęła się eksterminacja Żydów. Pamiętam starsze kobiety, które opowiadały mi, jak bardzo płakały, widząc Żydów pędzonych przez Niemców w stronę dworca- mówi Zdzisława Lorenz-Hanusz , pedagog z Szydłowca. Kilka lat temu zaczęła gromadzić relację mieszkańców miasteczka z czasów wojny. Natrafiła także na historie o Polakach, którzy ratowali Żydów, często płacąc za to życiem. To posunęło jej pomysł, aby na bazie takich relacji przygotować projekt, który obali stereotypy, zmieni dzisiejsze myślenie o stosunkach polsko- żydowskich.
„Przecież jeszcze nie tak dawno mieszkańcy Szydłowca patrzyli krzywo na przyjeżdżających tu Żydów, a kirkut był miejscem . Czy na cmentarz katolicki chodzimy pić piwo?”- pytała, inicjując projekt „Chodź, opowiem Ci pewną historię”, w który oczywiście zaangażowała swoich uczniów.

Historie spisane

Wspomnienie Zofii Bednarczyk spisane przez Bartka ze strony projektu
http://pewnahistoria.com : „21 grudnia 1944 r. nocą, do mich drzwi zastukali wycieńczeni z głodu i zimna kobieta z synkiem i mężem. Była to żydowska rodzina. Błagali o pomoc i ratunek dla ich synka, który był bardzo chory, kasłał i miał wysoką gorączkę. Mąż bez zastanowienia zabrał ich do domu, choć dobrze wiedział, że pomoc Żydom groziła śmiercią dla nas i całej wsi. Rybko rozłożyłam łóżko w spiżarni i wysmarowała chłopca wodą ze spirytusem. Poczęstowałam ich mlekiem i chlebem. Dowiedziałam się, że uciekli z Warki. Szli kilka dni i nocy, ukrywając się w lasach. Błagali, byśmy ich ukryli i tak przetrwali u nas do końca wojny. Ukrywali się w piwnicy , a później na strychu. Każdy dzień przeżyty ze świadomością, że ukrywamy Żydów, był dla nas koszmarem. Bałam się o rodzinę. Każda wizyta Niemców, którzy przyjeżdżali po ziemniaki i mięso, napełniała nas strachem. Po wojnie Jochan z rodziną wyjechali do Stanów Zjednoczonych. Byliśmy bardzo ze sobą związani i utrzymywaliśmy kontakty jak z rodziną. W 1998 r. Jochan zmarł na atak serca. Dziś dostajemy widokówki z pozdrowieniami od jego syna Jana”

Paulina spisała wspomnienia Józefy Głuch: „ Codziennie z getta w Szydłowcu Żydzi byli zaganiani do pracy, do Zdziechowa. Pracowali przy osuszaniu łąk. Od świtu no nocy kopali rowy, a po skończonej pracy znów wracali do getta. Żydzi za swoją pracę nie otrzymywali ani pieniędzy, ani jedzenia. Umierali przy kopaniu rowów, umierali w getcie, umierali z głodu i braku higieny. Wielu ginęło po drodze. Gdy ktoś nie miał siły iść, Niemcy go zabijali. Często zanosiłam tym ludziom chleb i wodę. Pamiętam, jak dziś, gdy złapano w Krzcięcinie grupę uciekających Żydów. Prócz mężczyzn były też kobiety i dzieci. Postawiono ich pod ścianą budynku gospodarczego i rozstrzelano. Tylko dwóch chłopców ocalał. Mój teść z panem Walentym ukrywali ich w lesie. Wykopali dół w ziemi, obłożyli gałęziami, rozrzucili liście, mchy. W nocy przynosili im jedzenie”.

Temat Tabu

- Relacji było coraz więcej i więcej. Wcześniej pomaganie Żydom to był temat tabu, wstydliwa sprawa, którą nikt się nie chwalił. Ludzie po ponad 60 latach się otworzyli- komentuje Zdzisława Lorenz-Hanusz. Sama zaangażowana w projekt od początku pomagała nawet ocalonym i ich dzieciom, i wnukom, które przyjeżdżały do Polski odszukać tych, którzy ich ratowali. Albo chociaż ich bliskich, albo choćby miejsca, gdzie się ukrywali. Żeby tam podziękować za życie.
- Tak jak syn Alfreda Waisbrota, który szukał Franciszka Tarki, bo ten w drwalce w Pawłowie koło Szydłowca ukrywał jego ojca, wtedy dziesięcioletniego chłopca. Niemcy przyjeżdżali do jego gospodarstwa po zboże i nigdy się nie zorientowali, że w drwalce jest żydowskie dziecko. Chłopca AK-owcy po pół roku przerzucili do Poznania i tak się uratował. Pan Franciszek już nie żyje, syn Alfreda spotkał się z jego córką- wspomina Zdzisława Lorenz-Hanusz.
Chciałaby, aby takim samym happy endem skończyła się historia rodziny Borenstainów, właścicieli znanego w Radomiu zakładu fotograficznego, tego samego, w którym terminował Bernard Gotfryd, radomianin ocalały z Holocaustu, światowej sławy fotografik mieszkający w Stanach Zjednoczonych.
Borenstainowie uciekli z Radomia i szukali schronienia w Szydłowcu. Według relacji świadków dzieci Borenstainów uratowali Alicja Kupska i Jan Podgórski. Kupska synowi Borenstaina dała papiery swojego zabitego syna Janusza, chłopak wstąpił do AK, przeżył wojnę. Wnuczka starego Borenstaina chciałaby zgłosić Alicję Kupską i Jana Podgórskiego do odznaczenia medalem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”.
- Próbujemy ustalić ich powojenne losy, odszukać. Na razie bez efektów- mówi Zdzisława Lorenz-Hanosz.

_________________
"Jeśli chcesz o czymś pomyśleć, myśl o tym, o czym chcesz."

[ James Jones.]

2008-10-16, 09:33
Krzysiek

Wywiad z Władysławem Bartoszewskim..

Żydzi w XIX wieku
Jaki był wzajemny stosunek społeczności żydowskiej i polskiej oraz do zaborców w XIX wieku?

Władysław Bartoszewski odpowiada: Problem stosunków społeczności polskiej i żydowskiej w XIX wieku, wzajemnych oraz wobec władzy narzuconej Polsce, jest skomplikowanym problemem, na który nie ma jednoznacznej i ostatecznej odpowiedzi. Nie dałby się sprowadzić do prostych danych. W XIX wieku wytworzyły się bowiem inne stosunki społeczne, uwarunkowania kulturowe, inny był poziom wykształcenia i obiegu informacji niż w wieku XVIII, gdy istniało jeszcze państwo polskie. Dodatkowo problem ten komplikuje ogromne zróżnicowanie tych stosunków, uwarunkowanych inną sytuacją na terenach zagarniętych między 1772 a 1795 r. przez trzech zaborców : Rosję carską, Cesarstwo Austriackie i Prusy.

Zacznę od stosunków między Polakami a mniejszością żydowską, jedną z największych mniejszości na ziemiach polskich, która od początku XVIII w. stanowiła od 9 do 10% ogółu ludności. Wbrew dość upowszechnionym mniemaniom, nie było żadnego specjalnego zalewu Polski przez Żydów. W zasadzie wyznacznikiem definiowania pojęcia Żyd do XIX wieku była przynależność wyznaniowa. W miarę przejawiania się procesów laicyzacyjnych w różnych zresztą wyznaniach, ale również w jakimś stopniu i w obrębie wyznania mojżeszowego, pojawiały się grupy ludzi wywodzące się z pnia obyczajowego, kulturowego danego wyznania, które odrywały się od niego. Grupy te stawały się coraz bardziej agnostyczne, nie definiowały się więc przez wyznanie. Niekiedy przez język, niekiedy przez przynależność kulturową. Warto zauważyć przy tym, że kryterium językowe nie jest tu ścisłe. Czym innym jest język, którym się mówi w domu, a czym innym język używany w zawodzie, w pracy.

Dopóki istniała Rzeczpospolita wielu narodów, a nawet w schyłkowym jej okresie, już za Sasów, a potem w okresie Oświecenia, za panowania ostatniego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, Polska uchodziła za kraj względnie dobry do osiedlenia dla Żydów. I nie przypadkowy był napływ Żydów do Polski przez wiele generacji. Nie dlatego, że w Polsce było aż tak dobrze, ale dlatego, że gdzie indziej było gorzej. W Polsce warunki były stosunkowo lepsze. Pamiętajmy tylko, że trwało to tak długo - ze wszystkimi wojnami, napadami i różnego rodzaju dramatycznymi wydarzeniami historycznymi i regionalnymi - jak długo trwało państwo polskie.

Państwo polskie, jak wiadomo, przestało istnieć definitywnie w 1795 roku. Twory, jakie póżniej powstały w postaci Wielkiego Księstwa Warszawskiego, czy Królestwa Kongresowego, były tworami szczątkowymi i żaden z nich nie istniał długo. W związku z tym trudno jest mówić o państwowości polskiej w okresie od roku 1795 do 1918.

Z chwilą, gdy przestało istnieć państwo polskie, powstały nowe warunki dla Żydów. Żydzi znaleźli się pod władzą trzech innych państw, w zasadzie mniej lub bardziej autorytarnych systemów. Już w końcu XVIII wieku system panujący w Prusach był autorytarny. System carski zawsze byl autorytarny. System Cesarstwa Austriackiego do połowy lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia był dość autorytarny. Dopiero w ostatnich dziesiątkach tamtego stulecia, w tak zwanej Galicji, panowało więcej swobód ludzkich, powiedzielibyśmy dziś, swobód obywatelskich. Stosunek do praw człowieka (choć nie używało się wówczas tego określenia) był dużo lepszy niż w innych zaborach, w Rosji carskiej i w systemie Prus - a po roku 1871 - w Zjednoczonym Państwie Niemiec, w którym prowincje wschodnie były w większości zamieszkałe przez Polaków.

W gruncie rzeczy to Rosja carska była ojczyzną współczesnego antysemityzmu. Wyraźnym przykładem tego jest fakt (wielu ludziom nieznany) że nie tylko rosyjskie słowo, ale i pojęcie 'pogrom', weszło do języka polskiego w XIX wieku. Niestety, nie tylko słowo, ale i praktyka.

Rosja w bardzo zróżnicowany sposób czerpała korzyści z najbogatszej warstwy swoich Żydów. Bogaci Żydzi za pieniądze mieli pewne możliwości i dostęp do różnych pozycji. Ale ortodoksyjne traktowanie w Rosji więzi tronu z cerkwią prawosławną spowodowało to, że nieprawosławny - również i polski szlachcic - nie mógl osiągnąć wszystkich stanowisk. A już na pewno nie Żyd, jeśli nie przeszedł na prawosławie.

Wiek XIX byl świadkiem wielu przejść na protestantyzm lub katolicyzm bogatszych rodzin żydowskich, szczególnie w największych miastach ówczesnego terytorium pod trzema zaborami, jak na przykład: we Lwowie, Warszawie, Krakowie, Lublinie czy Białymstoku, gdzie były duże skupiska Żydów, również zamożnych. Środowisko żydowskie, które żylo na terenie byłego państwa polskiego, było w XIX wieku postawione w sytuacji podwójnej lub potrójnej lojalności. Jedna lojalność dotyczyla stosunku do własnego pochodzenia, środowiska, obyczajów. W większości byli to ludzie mniej lub bardziej praktykujący lub pozorujący uprawianie praktyk i obyczajów religijnych wobec nakazów synagogi.

Druga lojalność była lojalnością wobec miejsca pracy dnia codziennego, wobec władzy administracyjnej i państwowej, która była władzą rosyjską na większości terytorium byłej Polski, władzą austriacką oraz pruską (a od 1870 r. Niemiecką). W każdym przypadku, a szczególnie w przypadku zaboru rosyjskiego i pruskiego, władze te miały negatywny stosunek do Polaków. Na terenie zaboru rosyjskiego władza starała się za wszelką cenę podporządkować ludność rusyfikacji lub przynajmniej wymuszonej lojalności wobec cara, a na terenie Prus władza starała się germanizować ludność (szczególnie w ostatnich dziesiątkach lat panowania Bismarcka). Były to naciski bardzo istotne. Pomimo tego, wielu Polakow dzisiaj oczekuje ex post od Żydów, aby byli w pierwszym szeregu polskich patriotow ! Owszem, byli i tacy. Wybrali naród, który nie miał państwa, naród uciśniony, naród Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego, a później pisarzy prozaików - Elizy Orzeszkowej, Bolesława Prusa, a później jeszcze Żeromskiego. Ale to nie była oczywiście większość. Większość dostosowywała się, jak wszyscy inni , do tej władzy, jaka była, do jej oczekiwań lojalności politycznej i językowej.

Pamiętajmy, że w zaborze rosyjskim w zasadzie szkoły były rosyjskie. Bardzo nieliczne szkoły polskie były tworzone na przełomie stulecia i początku wieku dwudziestego. Do tych szkół rosyjskich chodziła również młodzież żydowska i to było dla niej awansem. Żydzi mieli bowiem oprócz tego swoje szkoły religijne na niskim poziomie. Szkoły te nie dawały im żadnych uprawnień. Kto chciał uczyć się dalej, osiągnąć jakieś stopnie naukowe czy kwalifikacje zawodowe, musiał kończyć rosyjskie gimnazja. Tworzył się więc już antagonizm według zasady "divide et impera" (dziel i rządź), między Polakami a wszystkimi mniejszościami. Kogo popierał zaborca rosyjski ? Wszystkie mniejszości na tym terenie : Białorusinów, Ukraińców i w jakimś stopniu Żydów - przeciw Polakom. To popieranie mogło nie docierać do świadomości ogólnej. Ale w efekcie politycznym rodziło tysiące problemów i konfliktów dla poszczególnych osób i rodzin. I bardzo trudno było człowiekowi, gdy nie miał silnego oparcia w środowisku polsko-chrześcijańskim, być zdecydowanie przede wszystkim Polakiem, a nie przede wszystkim, na przykład, Żydem - obywatelem imperium rosyjskiego, Żydem - obywatelem Prus, Żydem - obywatelem Cesarstwa Austriackiego. Trzeba po prostu zrozumieć, że tak było.

Jeżeli w tych warunkach okazało się, że wielu znakomitych ludzi z rodzin wyznaniowo żydowskich (czyli mozaistycznych) było pionierami techniki, gospodarki, mecenasami nauki i dobroczyńcami. Gdy się wspomina nazwiska Wawelbergów, Kronenbergów, Rotwandów i wiele innych na terenie zaboru rosyjskiego, które należą do naszej wspólnej historii, to myślę, że to wcale nie jest mało.

Nie wolno też zapominać, że stosunek społeczności polskiej do zaborców nie był jednolity. Zróżnicowany był w zależności od grupy społecznej . Społeczność polska dzieliła się stanowo na : ziemiańską, chlopską i najmniejszą, tworzącą się dopiero właściwie w okresie ponapoleońskim na wiekszą skalę - społeczność miejską - mieszczańską. I ta społeczność mieszczańska i drobnomieszczańska, ta społeczność, której obrazy mamy tak wspaniale zarysowane choćby w ?Lalce? u Prusa, nie była bynajmniej zintegrowana stanowo czy wyznaniowo z innymi grupami. Traktowana była w sposób częściowo odpychający przez arystokrację, z rezerwą przez ziemiaństwo.

W Polsce XIX wieku stosunek chłopów do zaborców był bardzo zróżnicowany. Mamy kilka bolesnych przypomnień. Na przykład, bunt Szeli w 1846 r. inspirowany przez Austriaków . Zupełne niezrozumienie powstań 1830 i 1863 r. przez znaczną część obojętnej wobec nich społeczności chłopskiej. Nadawanie przez cara medali chłopom, którzy łapali powstańców i oddawali ich w ręce rosyjskie. To wszystko miało miejsce w polskiej historii. Ale biorąc pod uwagę poziom wykształcenia, a co zatem idzie świadomość ówczesnych chlopów, nie można ich za to winić. Przyczyny tkwily w wydarzeniach i warunkach historycznych.

Reasumując - nie jest po pierwsze tak, że cała społeczność polska miała jednolity stosunek do zaborców XIX wieku. A skoro nie, to o jakiej części społeczności polskiej w porównaniu do społeczności żydowskiej mówimy i o jakiej części społeczności żydowskiej? Rotwandowie, Wawelbergowie, Natansonowie mieli inny stosunek do zaborcy rosyjskiego niż szary, zwykły tłum krawców, szewców i drobnych sklepikarzy, którzy walczyli o swoją egzystencję i przetrwanie, a więc chcieli być lojalni i nie mieć problemów. Tak więc nie mogło być jednolitego stosunku społeczności polskiej i żydowskiej do zaborców XIX wieku. Nie było też jednolitej postawy i jednolitego zachowania we wszystkich warstwach społecznych, niezależnie od wykształcenia i od języka, którego się używało na co dzień w domu. I nie wyznanie tu decydowało, ale sytuacja osobista rodzin i jednostek.

2008-10-16, 09:41
Krzysiek

Syjonizm i Bund

Jaki był wpływ organizacji żydowskich takich, jak syjonizm i Bund, na stosunki polsko-żydowskie ?

Władysław Bartoszewski odpowiada: Syjonizm wpierw rozwijał się głównie w zaborze rosyjskim byłego Królestwa Polsko-Litewskiego przed pierwszą wojną światową .
Na Ukrainie i w Rosji w ostatnich dziesiątkach wieku XIX i na początku wieku XX Żydzi doznawali bardzo złych doświadczeń. Pierwsze fale wyjazdów pokonujące ogromne trudności, aby dotrzeć do Palestyny (tak zwana pierwsza i druga Alija do Palestyny) składały się niemal wyłącznie z Żydów ukraińskich i rosyjskich. Część z nich mieszkała na terenach, na których byli Polacy i posiadała świadomość kulturową mieszaną. Bodźcem do wyjazdu były warunki polityczno-społeczne w cesarstwie rosyjskim. I to stamtąd, a nie z Niemiec czy Anglii jechali ci ludzie do Palestyny na przełomie stuleci, w pierwszych latach wieku XX.
Przypomnieć należy, że świadomość kulturowa Dawida Gruna, czyli Ben Guriona, historycznego bohatera syjonizmu i mądrego twórcy państwa Izrael oraz jego pierwszego premiera, była uformowana w Polsce.
Pochodził z Płońska, z miasta, w którym mieszkała ludność żydowska i polska, a administracja była rosyjska, tak jak w każdym większym mieście polskim pod zaborem rosyjskim. Dyrektywy, władza i przepisy były rosyjskie. Ben Gurion nigdy się nie wypowiadał na temat Polaków. Żył w styczności z Polakami, ale uważał się za Żyda syjonistę, który wyjeżdża z caratu rosyjskiego budować wolne życie żydowskie .

Syjonizm, jako opcja polityczna, nie antagonizował Polaków wobec Żydów.
Co to był syjonizm ? Czym był syjonizm w rozumieniu Polaków ?
Był przecież analogiczny do kwestii polskiej w XIX w., kiedy to Polacy wierzyli, że nie zawsze naród polski będzie żył pod trzema zaborami, że musi powstać państwo polskie, gdzie naród będzie suwerennym gospodarzem i będzie miał prawo rozstrzygać o swoich losach - myśleli tak Polacy w zaborze rosyjskim, pruskim i austriackim, chociaż w różny sposób. Istniały bowiem różne interpretacje kwestii polskiej: konserwatywna, ludowa, socjal-demokratyczna i chrzescijańsko-demokratyczna.

Podobnie wśród Żydów syjonizm - od skrzydła lewego do skrzydła prawego - reprezentował wszelkie odcienie ustrojowe i programowe, społeczne i polityczne.
Na lewym skrzydle syjonizm reprezentował odcień marksistowski. Portrety Marksa wiszą do dziś w niektórych kibucach w Izraelu.
Syjonizm na prawym skrzydle był reprezentowany przede wszystkim przez Włodzimierza Żabotyńskiego. Ten ruch narodowo-konserwatywny był bardzo ostro skierowany przeciw wszelkim sympatiom socjal-demokratycznym czy liberalnym; był ruchem autorytarnie rządzonym i z dążeniem do wodzostwa. Spadkobiercami Włodzimierza Żabotyńskiego byli Begin, Shamir i Netanjahu.
Spadkobiercami syjonistów lewicowych byli natomiast ci, którzy wywodzą się głównie ze środowisk socjal-demokratycznych (MAPAJ I MAPAM). A spadkobiercami syjonistów umiarkowanych w Izraelu byli Ogólni Syjoniści, czyli partia liberalna.

Syjonizm był przez Polaków traktowany z zainteresowaniem, a nawet z pewnego rodzaju sympatią przez Polaków usposobionych antysemicko, ponieważ nie można sobie wyobrazić nic bardziej pociągającego dla antysemitow niż chęć Żydów do wyjazdu z Polski.
Ale dopiero skrajne prawe skrzydło syjonistów spod znaku Żabotyńskiego było popierane przez polski rząd organizacyjnie, politycznie i finansowo w latach trzydziestych - łącznie z wyszkoleniem wojskowym młodzieży żydowskiej.
Dlaczego? Przeciwko Anglikom.
Można sobie wyobrazic, że to było tajne.
Państwo polskie było bowiem w jak najlepszych stosunkach politycznych z Wielką Brytanią.

Warto zajrzec do twórczości Icchaka Bashevisa Singera, który opuścił Polskę w 1935 roku i dobrze pamiętał lata dwudzieste i początek trzydziestych. Jest tam dośc wiernie oddane rozwarstwienie kulturowe, społeczne, ideowe i umysłowe wśród Żydów w Polsce w małych miasteczkach, w tych przysłowiowych sztetlach. Były to żydowskie miasteczka w obrębie miast w Polsce, rządzące się własnymi prawami. A trzeba powiedziec, że polski antysemityzm stał tutaj na stanowisku : niech robią u siebie co chcą, aby tylko nie przenikali do nas. To znaczy, autonomia wewnętrzna życia religijnego żydowskiego niech będzie jaka chce, społecznego jaka chce, oświatowego jaka chce, aby tylko trzymali się z daleka. Chedery - prosimy bardzo, aby tylko nie chodzili do naszych szkół! Takie było stanowisko antysemitów. Nikt więc nie bronił modlic się w bóżnicach i synagogach, ani zakładac nowych bóżnic i synagog w Polsce. Było to paradoksalne, że nastawienie antyżydowskie było skierowane przeciw Żydom najbardziej otwartym i tym, którzy chcieli się asymilowac, przeciw tym, którzy chcieli wchodzic w polskie życie, tym, którzy czuli się obywatelami państwa polskiego, którzy chcieli byc równouprawnionymi obywatelami tego państwa, A nie przeciw tym, którzy się izolowali, jak dzisiaj w skupiskach Żydów najbardziej ortodoksyjnych w wolnym państwie Izrael. Tych, którzy twierdzą nawet, że Izrael jest państwem wrogim żydostwu, że jest to państwo, które zakłóca porządek religijny i tradycyjny grup żydowskich, stojących na gruncie absolutnej, niezmienionej, historycznej ortodoksji.

Kto w Izraelu wejdzie do dzielnicy Mea Shearim w Jerozolimie, znajdzie się po prostu na Nalewkach. Sam to przeżywałem. W innym świecie - w świecie, którego nie ma w Europie. Są takie enklawy w niektórych miastach amerykańskich, bo to nie przeszkadza demokracji amerykańskiej. To nie są enklawy żydowskich adwokatów, lekarzy, profesorów, intelektualistów, dziennikarzy, czy filmowców. Nie - to są enklawy, jakie opisuje Singer, z lat pierwszej połowy XX wieku w Europie Środkowo-Wschodniej

Syjonizm nie antagonizował Polaków i Żydów. Antagonizmy powstawały tylko wobec tych, którzy nie mieli tendencji emigracyjnych, nie uważali, że jedyną siedzibą Żydów ma byc Palestyna. Nie było też antagonistycznego nastawienia do środowiska ściśle religijnego, ponieważ uważano, że z jego strony nie grozi ani wpływ kulturowy, ani obyczajowy. To środowisko również było przeciwne laicyzmowi, otwarciu, liberalizmowi, swobodzie seksualnej, swobodzie obyczajowej, swobodzie wyznaniowej, oświatowej. A więc nie było żadnej kolizji.

Bund to była żydowska partia socjaldemokratyczna, właściwie znana tylko na terenie dawnego cesarstwa rosyjskiego i na terenie dawnego zaboru rosyjskiego, w jego granicach z roku 1914 przed przemieszczeniami na mapie Europy, spowodowanymi ofensywą na wschód ówczesnych Niemiec i Austrii. O ile w zaborze autriackim działalnośc Bundu była tylko szczątkowa, to w zaborze rosyjskim na ziemiach etnicznie polskich i rownież na ziemiach litewskich, w zespole państw bałtyckich, na ziemiach ukraińskich i białoruskich była to partia zyskująca wpływy, tak jak na przełomie stulecia wszystkie partie rewolucyjne, antyautorytarne, przeciwne despotyzmowi, przeciwne caratowi. To była działalnośc równoległa do Polskiej Partii Socjalistycznej, jej różnych nurtów, bardziej lewicowych i bardziej konserwatywnych. I ta działalnośc uzyskiwała ogromne wpływy. Trzeba powiedziec, że w Polsce niepodległej w latach międzywojennych miała tak wielkie wpływy, że np. w wyborach komunalnych bywały miasta i miasteczka w Polsce, gdzie Bund uzyskiwał więcej mandatów niż partie polskie. Jeżeli w danym miasteczku mieszkało 60 do 80% Żydów i w wyborach komunalnych szli oni do urny wyborczej, mieli poważny udział w radach miejskich dużych miast, Łodzi, Warszawy i Krakowa. Nie syjoniści, tylko Bund.

Bund, tak jak wszystkie ruchy rewolucyjne, stał na stanowisku pełnego równouprawnienia obywateli, bez względu na pochodzenie, wyznanie, zawód i poglądy. Stał na gruncie równouprawnienia i swobodnego decydowania o takim czy innym wyborze dróg przez jednostkę. A zatem abstrahował również od nakazów Synagogi, tak jak Polska Partia Socjalistyczna abstrahowała od nakazów Kościoła. Bund abstrahował od jakichkolwiek norm narzuconych przez instytucje religijne i jakiekolwiek inne, które by ingerowały w prawa człowieka, w prawa obywatelskie. Bund stał na stanowisku popierania rozwoju jednostek, popierania oświaty wolnej, a więc uczenia się, samokształcenia, zakładania szkół otwartych, dostępnych dla wszystkich bez względu na ich stan zamożności - szkół powszechnych, bezpłatnych. Wobec tego Bund w środowisku żydowskim był źle widziany przez ortodoksów, którzy uważali jego działalnośc za trzęsienie ziemi i za demoralizację młodzieży. Bund był też źle widziany przez syjonistów, bo stał na stanowisku : my tu żyjemy i tu chcemy życ. Jest to naszym prawem, równie dobrym dla nas , jak dla wszystkich innych, którzy żyją na tej ziemi. Chcemy pełnej tolerancji, pełnych praw i nie mieszania się w nasze sprawy.

Teraz można zrozumiec, że ci, którzy chcieli organizowac grupy ludzi do wyjazdu i do budowy siedziby żydowskiej w Palestynie, twierdzili, że Bund im przeszkadza. Ci, którzy chcieli zachowac wpływ chederu, jeszybotu i synagogi, też uważali, że Bund im przeszkadza. W związku z tym Bund przegrał historycznie. Przegrał całkowicie, ponieważ masa żydowska została wyniszczona w krajach Europy środkowo-wschodniej okupowanej przez Hitlera - od krajów bałtyckich aż do Węgier.

Skrajna lewica (jak np. Róża Luksemburg) mówila : my nie chcemy żadnego państwa polskiego, bo chcemy rewolucji społecznej i prawa dla proletariuszy polskich na równi z proletariuszami niemieckimi, rosyjskimi, żydowskimi - bez żadnej różnicy. Żydzi podlegali w tym widzeniu programowym tym samym prawidłowościom co nie-Żydzi. Szukali opcji politycznej rozwojowej dla siebie w zależności od swojego nastawienia, kondycji psychicznej, poglądów, indywidualności i znajdowali ją w zasadzie głównie w dwóch nurtach: komunizmie i syjonizmie.

Webmaster PASJE-STUDIO

2008-10-16, 09:51
Krzysiek

Żydzi pod okupacją sowiecką

Czy istotnie Żydzi masowo poparli okupanta rosyjsko-sowieckiego na wschodnich terenach Polski ?

Władysław Bartoszewski odpowiada: Bagatelizowanie tej sprawy jest niesłuszne, ale widzenie jej tylko w ramach polskiego jednostronnego ujęcia nie jest rozwiązaniem. Trzeba zrozumiec sytuacje Żydów na terenach na wschód od Bugu i od Sanu. Na terenach, które w r. 1939 nagle znalazły się pod obcą władzą rosyjsko-sowiecką . Na tych terenach mieszkało mniej więcej od 30 do 40% wszystkich Żydów Polski. To były tereny, na których można powiedziec w odniesieniu i do Polaków i do Żydów, że żyła tu ludnośc kulturowo najniżej stojąca. To były tereny, na których, szczegolnie na wsi, występował analfabetyzm. Były to województwa wileńskie, nowogródzkie, wołyńskie, poleskie, lwowskie, stanisławowskie, tarnopolskie i częśc białostockiego - które znalazły się w obrębie władzy sowieckiej. Przyjście władzy rosyjsko-sowieckiej dla tych Żydów, którzy dopiero od dwudziestu lat żyli pod władzą polską, a których rodzice i dziadkowie byli Żydami rosyjskimi i mówili po rosyjsku, była czym innym niż dla Polaków.

Przywrócony tam nagle Rosjanie, którzy panowali przez całe generacje do roku 1917-18. Ludzie ci żyli pod władzą polską ledwie dwadzieścia jeden lat , a nawet - biorąc pod uwagę zmienne losy tych ziem do roku 1920 - ledwie dziewiętnaście lat! Częśc z nich stała po stronie władzy polskiej. Częśc z nich była na tyle zasymilowana kulturowo i politycznie, że niezależnie od wyznania, które było ich prywatną sprawą, czuli się obywatelami polskimi Częśc z nich była zdecydowanymi przeciwnikami komunizmu . Częśc z nich była wywieziona od razu w głąb Sowietów, wraz z Polakami. Zakwalifikowani zostali jako wrogowie, jako syjoniści, lub jako posiadacze, niekiedy jako dawni radni czy posłowie na Sejm burżuazyjnej Polski. Ci byli prześladowani. Ale wsród masy pozostałych tam Żydów, bez żadnych perspektyw na przyszłość, istnialy dwa wybory : syjonizm lub komunizm. Icchak Cukierman, (znany jako Antek w powstaniu w getcie warszawskim), którego pamiętniki są wydane w kilku językach, opisuje, jak usiłowali zakładać gniazdo syjonistyczne w Wilnie pod władzą sowiecką (nie pro-sowieckie, ale anty-sowieckie ) z myślą o zachowaniu syjonistów na przetrwanie i na wyjazd do Palestyny. Okazało się jednak, że to jest tak trudne, iż prawie niemożliwe. Niektórzy syjoniści zdecydowali więc, że tam tych gniazd zakładac nie będą i dobrowolnie pojechali na tereny okupowane przez Niemców, aby tam działac konspiracyjnie wierząc wbrew wszelkim realnym nadziejom, że ustanowią tam podziemny ruch syjonistyczny. Syjoniści mieli świadomośc narodową żydowską. I to oni brali udział w powstaniu w getcie i byli jego bohaterami. Warto tu dodać, że ostatnim żyjącym komendantem i bohaterem tego powstania jest Marek Edelman, który był członkiem Bundu. (O Bundzie i syjonizmie mowilem już w drugim wywiadzie)

Natomiast komuniści żydowscy stali po stronie komunistów sowieckich. Tak samo zresztą jak komuniści polscy. Tak więc np. jak Stefan Jędrychowski, doktór uniwersytetu im. Stefana Batorego, jak jego żona, jak Sztachelski i jego żona i jak Wanda Wasilewska, która była córką ministra z czasów Piłsudskiego. Żydzi mieli swoich odszczepieńców, a myśmy mieli swoich.

W małych miasteczkach, gdzie nie było elit polskich - bo elita polska to był nauczyciel, aptekarz, ksiądz proboszcz, czy też okoliczni ziemianie - w oko wpadało to, że na ulicach ukazywali się młodzi Żydzi, radośni, towarzyszący sowieckim żołnierzom. Nie świadczy to o obecności Żydów w KGB. To są uogólnienia i uproszczenia. Nikt nie stawał się pracownikiem Bezpieczeństwa Wewnętrznego lub KGB tak prosto z ulicy. Można było zostac tam zwerbowanym. Do różnych form milicji, do różnych form pracowniczych, czy samorządowych, rzeczywiście zgłosiło się sporo młodych komunistów żydowskich, komunistów ukraińskich, komunistów białoruskich, bo na tym terenie, na ziemiach od Bugu do Sanu, Żydzi, Ukraińcy i Białorusini stanowili dwie trzecie ogółu ludności. Nie można tych spraw rozważać w oderwaniu od statystyki. A pozostała jedna trzecia ludności to byli polscy ziemianie, osadnicy wojskowi, a więc ludzie, którzy byli na pewno nieużyteczni dla nowej władzy, bo byli z samej definicji największymi wrogami systemu - jak się mówiło - proletariackiego. Wrogami byli też polscy leśnicy i polscy urzędnicy skarbowi. Oni i ich rodziny były następnie deportowane w kilku akcjach deportacyjnych w 1940 i 41 roku, jako potencjalni wrogowie - o czym dziś powszechnie wiadomo.

Więc kto nie był potencjalnym wrogiem ? Biedota, którą można było zmobilizować pod hasłami klasowymi. A jakiej narodowości była biedota na tych terenach? Żydowskiej, ukraińskiej i białoruskiej. Wieś była ukraińska i białoruska, małe miasteczka były żydowskie. Z Wilna i Lwowa, głównych skupisk Polaków, wywieziono masowo polską inteligencję. Od razu w pierwszych rzutach, częśc profesorów, ludzi wolnych zawodów, nauczycieli, adwokatów, sędziów itd. itd. To są znane sprawy. Częśc Żydów, a również i świadomych narodowo Ukraińców, trafiła do więzień i obozów Archipelagu Gulag. Byli tam traktowani niejednakowo.Częśc z nich trafiła do obozów zamkniętych, częśc na przymusowe osiedlenie. Jeżeli ktoś znał język, miał nieco większe szanse. Naogół wszyscy Żydzi w pokoleniu, które miało więcej niż trzydzieści kilka lat, znali język rosyjski, bo byli Żydami rosyjskimi.

Jak wobec tego możemy to wszystko obecnie zrozumieć, rozsądzic, i ocenic ?

Webmaster PASJE-STUDIO


Strona 1 z 41, 2, 3, 4


Powiązane wątki

Kosmici ???
ul. Hetmańska - Blok biurowo- mieszkaniowy - VISPRO
Antonio Nocerino
W trosce o pogodę ducha,czyli odrobina humoru na każdy dzień
Znaczenie imon żeńskich-Tradycyjne
Moherowa koalicja :)))
Mapa Jeziorsko
[Śródmieście] nowa kamienica przy Rynku
FTY720
Nowy Polski Slownik Pijacki
[Staroniwa] Słoneczna Reduta - budynki mieszkalne
ZATOR 2009 SWIETO KARPIA!!! - Relacje
Balińskie drogi
Jorge Andrade
Fabio Cannavaro
Baza wątków z grup dyskusyjnych - Strona Główna
Odnośniki,